Dwie jedenastolatki po drodze do domu widzą wózek z dzieckiem. Postanawiają je uratować – skoro ktoś je zostawił bez opieki, to znaczy, że go nie chce. Prawda? Kilka dni później policja znajduje zwłoki niemowlęcia. Po szybkim procesie dziewczynki zostają skazane…


Siedem lat później Alice i Ronnie wychodzą z poprawczaka. Mają szansę zacząć życie od nowa. Jednak tajemnica, którą owiana jest dawna zbrodnia, wciąż dręczy ich rodziców, prawników i policjantów. Wszystkich, którzy wtedy nie odważyli się stawić czoła szokującej prawdzie …

A kiedy w niepokojących okolicznościach znika kolejne dziecko, podejrzenia natychmiast padają na dawne koleżanki. Zaczyna się walka z czasem, poszukiwania, batalia z mediami, które węszą za tanią sensacją. Sprawę prowadzi młoda pani detektyw, która siedem lat wcześniej znalazła ciało Olivii.

Tyle że nic w tej sprawie nie jest normalne…

***

Jedna z tych powieści, o których wydawcy lubią mówić, że „rozsadza ramy gatunku”. Tyle że tym razem to prawda.
„Chicago Sun-Times”

Tą książką, znacznie mroczniejszą niż wcześniejsze, Lippman udowadnia, że nie boi się ryzyka. Bardzo zręczne potrafi manipulować niepokojem.
„Publishers Weekly”

Laura Lippman jest jedną z najlepszych i najsławniejszych twórczyń literatury kryminalnej. Mroczny klimat, postaci o pogmatwanych psychikach i życiorysach oraz misternie spleciona fabuła przyniosły jej książkom wszystkie najbardziej prestiżowe nagrody gatunku: Edgar Award, Agatha Award, Anthony, Barry i Shamus Award. “To, co ukryte” doczekało się ekranizacji. W filmie w reżyserii Amy Berg zagrały m.in. Diane Lane i Dakota Fanning.

Laura Lippman
To, co ukryte
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 15 marca 2017


Koniec mowy. Wszystkiego tego wysłuchawszy:
Boga się bój
i przykazań Jego przestrzegaj,
bo cały w tym człowiek!
Bóg bowiem każdą sprawę wezwie na sąd,
wszystko, choć ukryte: czy dobre było, czy złe.

Księga Koheleta 12,13–14

17 lipca, siedem lat wcześniej

Prolog

Kiedy kazano im wracać do domu, były boso, a ich ociekające wodą stopy zostawiały mokre ślady, które niemal natychmiast wyparowywały, tak jakby nigdy nie istniały. Jeśli dałoby się jakoś podążyć tymi śladami, czego wielu miało później próbować, zaprowadziłyby one do dziecięcego brodzika, do stołów zastawionych z okazji urodzinowego przyjęcia i błękitnych balonów z mylaru.
Potem minęłyby stolik z przekąskami i pobiegły w górę schodów, do parkingu. Każdy następny ślad był mniejszy od poprzedniego – najpierw znikały palce, potem wąskie połączenie pięty i śródstopia, następnie pięty, później zostawały same pulchne krawędzie stóp – i w końcu nie zostawało nic. Usiadły na krawężniku, żeby włożyć buty – Ronnie tenisówki, Alice nowiutkie buciki z przejrzystego tworzywa. Alice wydawała wszystkie pieniądze, aby nadążyć za trendami mody aktualnie obowiązującymi w piątej klasie Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku.
Tamtego lata, siedemnastego lipca siedem lat temu, buciki z przejrzystego tworzywa były właśnie tym, co należało mieć. Asfalt parkingu był lśniąco czarny, przypominał Alice bulgoczące, wrzące morze z bajki, które paruje, kiedy się go dotknie.
– To wygląda jak pustynia w Oz – stwierdziła, myśląc o książkach, które uratowały się z dzieciństwa jej matki.
– W Oz nie ma pustyni – odparła Ronnie.
– Jest, trochę później, w następnych częściach. Tam jest taka pustynia, która parzy…
– Nie w książce – powiedziała Ronnie. – W filmie.
Alice postanowiła nie spierać się dłużej. Ronnie zwykle się jej sprzeciwiała, kiedy chodziło o sprawy związane z książkami, a także o różne fakty i oczywiście o szkołę. O rzeczy, które Alice uważała za wiedzę. Słowo to widziała napisane jaśniejącymi niebieskimi literami i oglądała je przez cały rok na gazetce ściennej w sali, gdzie uczyła się piąta klasa: „Prawda, że człowiek mądry jest silny, lecz człowiek zdobywający wiedzę powiększa swoje siły”. Pod maksymą przyczepiano co tydzień prace ocenione na piątkę. Alice martwiła się za każdym razem, kiedy efekt jej wysiłków nie pojawiał się na tablicy. Ronnie coś takiego jeszcze nigdy się nie przytrafiło i twierdziła, że ma to gdzieś. Dzisiaj wpadła w ten swój ponury nastrój, kiedy zdecydowanie nie należało jej drażnić.
– Powinnam zadzwonić po wasze matki – powiedziała z wahaniem mama Maddy, nawet gdy kazała im wyjść z brodzika i wyrzucała je z przyjęcia. – Nie powinnyście iść same przez Edmondson Avenue.
– Mnie wolno – odparła Ronnie. – Mam ciotkę w Stamford. Chodzę do niej, jak rodzice są w pracy. Mieszka po tej stronie Edmondson. – A potem buntowniczo spojrzała na pozostałe dziewczynki, wciąż jeszcze zdumione i zaszokowane. – Moja ciocia ma cukierki double stuff oreos i rice krispie treats – dodała. – I wszystkie kanały kablówki, a ja mogę oglądać, co chcę, nawet jeśli to jest dozwolone od więcej niż trzynastu lat!
Alice wiedziała, że ciotka Ronnie rzeczywiście mieszka gdzieś w okolicy. Ale Stamford jakoś jej nie pasowało. Podobnie cukierki oreos i rice krispie. Fullerowie nigdy nie mieli czegoś tak dobrego. Za to było u nich tyle gazowanych napojów, ile tylko dało się wypić, bo pan Fuller jeździł ciężarówką Coca-Coli. Ronnie mówiła prawdę o tym, co ogląda w telewizji. Rodzice nie zwracali uwagi, co ogląda córka. Ani co robi. Ani co mówi. Pana Fullera obchodził wyłącznie hałas telewizora, bo jedyne, co mówił Ronnie i jej trzem starszym braciom, to: „Wyłącz go, wyłącz go”. A dokładniej: „Wyłącz go, na litość boską”. Zaledwie w zeszłym tygodniu, w deszczowe popołudnie, Ronnie oglądała właśnie jeden z filmów, w których nastolatki giną na coraz ciekawsze sposoby. Ich krzyki odbijały się echem bez końca. Alice schowała głowę pod poduszki sofy i wcale jej nie przeszkadzało, że nieświeżo pachną, a policzek przyciska do okruchów i śmieci. Pierwszy raz niemal się ucieszyła, kiedy pan Fuller wszedł do domu, wróciwszy ze swojej zmiany.
– Jezu, Ronnie – burknął. – Wyłącz to. Słowo daję, z tobą normalnie nie da się wytrzymać.
– Zasłaniasz czujnik od pilota – odburknęła. Ale musiała w końcu uruchomić pilota, bo kilka sekund później krzyki ucichły i Alice wystawiła głowę spod poduszki.
Matka Maddy nie uwierzyła w historyjkę o ciotce. Alice widziała sceptycyzm w wyrazie jej otwartych ust, pociągniętych błyszczykiem, i w jej zmrużonych, zmęczonych oczach. Matka Maddy wydawała się rozdarta między chęcią rzucenia wyzwania kłamstwu Ronnie a chęcią pozbycia się jej samej. A właściwie pozbycia się ich obu, chociaż Alice niczego nie zrobiła, w ogóle niczego oprócz tego, że brat Ronnie podwiózł ją na przyjęcie.
Matka Maddy oblizała wargi raz i drugi, zlizując większość błyszczyka, aż wreszcie oznajmiła:
– Bardzo dobrze.
Później wszystkim mówiła, że Ronnie ją oszukała, że nigdy nie kazałaby dwóm małym dziewczynkom wyjść, gdyby wiedziała, że chcą same ruszyć Edmondson Avenue. Bo przecież najgorsza rzecz, jaką można było sobie wyobrazić w południowo-zachodnim Baltimore o godzinie czternastej siedemnastego lipca siedem lat temu, to samotny spacer Edmondson Avenue.
Pagórek, którym szło się do Edmondson, był długi i wznosił się stopniowo. Alice nie wiedziała, czy w tej okolicy, nazywanej Ten Hills, rzeczywiście wznosi się dziesięć wzgórz, lecz stromizn wystarczało, aby zmęczyć krótkie nogi. Dziewczynki nie miały ubrań, więc zawiązały ręczniki, wysoko, tam, gdzie powinny podtrzymywać je piersi. Ale one nie miały też piersi, lecz małe wypukłości, które dopiero w tym roku zaczęły chować w staniki. Ręczniki zsuwały się i plątały wokół kostek. Ronnie, owinięta w zwykły ręcznik kąpielowy, niezbyt już biały, klęła za każdym razem, gdy spadał. Kiedy czwarty raz się o niego potknęła, zawiesiła go sobie na szyi, nie dbając o to, co jej widać. Alice nigdy nie odważyłaby się tak iść ulicą, a przecież miała na sobie jednoczęściowy kostium. Ronnie włożyła czerwono-białe bikini, chociaż była tak chuda, że luźny stanik wisiał na niej jak worek. Jedyną krągłością Ronnie był odrobinę wystający brzuch.
– Jak u dziecka z Biafry – stwierdziła Helen, matka Alice. – Ojej, przesadziłam.
Alice nie miała pojęcia, o czym matka mówi i czy to jest dobre, czy złe – ani nawet o co chodzi z tym „przesadzaniem”. Po prostu wiedziała, że matka nigdy by nie powiedziała, że jej córka wygląda jak dziecko z Biafry.
Granatowy jednoczęściowy kostium Alice miał na brzuchu małe wycięcie w kształcie stokrotki. Ronnie powiedziała, że to jakiś dziwny pomysł, i powtarzała to za każdym razem, gdy tamtego lata widziała Alice w kostiumie, czyli dokładnie trzykrotnie. Podczas całodziennej wycieczki do Sandy Point, w trakcie innego przyjęcia na basenie, no i dzisiaj.
– Kto będzie chciał oglądać brązową stokrotkę na twoim grubym, białym brzuchu? – powiedziała, kiedy mama Alice, jadąc rano do pracy, zostawiła córkę u Fullerów.
– To stylowe – oznajmiła mama. – To jest stylowe.
Ronnie nie wiedziała, co to znaczy, dlatego musiała siedzieć cicho. Lubiła matkę Alice i przy niej starała się zachowywać jak najlepiej. Alice także nie wiedziała, co oznacza słowo „stylowe”, ale czuła, że to coś dobrego. Jej matka znała mnóstwo wyrazów, których ona nie rozumiała. Stylowe. Klasyczne. Retro, „nuwo”. Kiedy Alice nie chciała czegoś włożyć, bo inne dziewczynki mogły jej później dokuczać, a wszystkie metody perswazji zawodziły, Helen Manning spotykała w lustrze jej odbite spojrzenie i mówiła:
– No, ale ja sądzę, że to jest wyszukane.
Taki komentarz kończył spór i stanowił sposób łagodnego oznajmienia: „Jeszcze-jedno-słowo-a-stracę-cierpliwość”. Wy-szu-ka-ne. Gdy Alice próbowała użyć tego wyrazu jeden jedyny raz, Ronnie spytała tylko: „A czego szukałaś?”.
Ale to właśnie Helen Manning nalegała, żeby Alice bawiła się z Ronnie. Ronnie była koleżanką tylko na lato, dziewczynką z sąsiedztwa, jedyną poza Alice, która nie pojechała na obóz i nie miała karnetu na basen. W trakcie roku szkolnego Alice miała lepsze koleżanki, bardziej podobne do niej. Czytały książki, dbały o włosy i starały się nosić odpowiednie ubrania. Kiedy nadchodziła jesień, ogromnie cieszyła się z początku szkoły, bo to oznaczało ponowne spotkanie z prawdziwymi przyjaciółkami. Lecz tej jesieni miała iść do nowego gimnazjum. Większość dzieci z jej klasy wybierało się do prywatnych szkół. „Prawdziwych prywatnych szkół”, jak podkreśliła Wendy, nie złośliwie, lecz nieco beztrosko, zapominając, że przecież Alice tam nie trafi. A ona myślała, że Święty Wilhelm z Yorku jest prawdziwą prywatną szkołą. Prawdziwą na tyle, że matka Alice nie mogła sobie na nią pozwolić. Od następnego roku dziewczynka miała chodzić do gimnazjum West Baltimore. Ronnie też. Matka mówiła, że wcale nie chodzi o pieniądze, że Alice powinna „spotykać ludzi każdego rodzaju”, nastawić się na „nowe doświadczenia”. Poza tym, jeśli dłużej uczyłaby się w szkole katolickiej, mogłaby, nie daj Boże, zostać katoliczką.
Jednak Alice wiedziała, że chodziło właśnie o pieniądze. Koniec końców, zawsze chodzi o pieniądze – w jej domu, u Fullerów, nawet u bogatych dzieci. Rodzice po prostu nazywają to innymi słowami, czasem wymyślnymi, czasem zwykłymi. Mówią o tym na różne sposoby. Albo w ogóle nie mówią.
U Fullerów o pieniądzach krzyczano, nawet je sobie kradziono. Tego lata Ronnie przyłapała najmłodszego z braci, jak dobierał się do jej skarbonki. Odepchnął siostrę, wziął młotek i roztrzaskał skarbonkę, Piękną z Pięknej i Bestii, taką, która miała nawet niewielką zatyczkę między stopami. Wcale nie musiał jej rozwalać, żeby dostać się do środka. Ale nawet gdy wysypały się już pieniądze – głównie jedno- i pięciocentówki, ale też kilka ćwierćdolarówek, tych monet z wybitą podobizną kobiety – Matthew wciąż uderzał w Piękną, aż wreszcie zamieniła się w proszek.
Alice i jej matka nie walczyły ze sobą o pieniądze i w ogóle o nich nie rozmawiały, nawet gdy z Connecticut przyjeżdżali dziadkowie i mówili rzeczy w rodzaju: „To jest takie życie, jakie sama sobie zgotowałaś”. Raz dziadek wręczył Alice pięciodolarowy banknot, gdy powiedziała mu, że nie ma takiej frotki, jaką mają inne dziewczynki. Matka dała jej wtedy klapsa, a potem obie płakały i uzgodniły, że coś podobnego już nigdy się nie powtórzy. Matka już jej nie uderzy, a Alice nie będzie zmyślać, żeby wyciągnąć pieniądze od dziadka.
Ale to się zdarzyło w trzeciej klasie, kiedy neonowe frotki były na topie, a Alice nie nauczyła się jeszcze być grzeczna. Teraz liczyły się buciki z przejrzystego tworzywa, odkładała więc kieszonkowe i kupiła je w Target. Dzisiaj pokazała buciki swojej najlepszej koleżance z klasy, Wendy. Musiało to wywrzeć na niej wrażenie, bo zrobiła Alice miejsce w ławce, którą dzieliła z dwiema innymi dziewczynkami z ich klasy.
Urodzinowe przyjęcie Maddy urządzono obok brodzika nie dlatego, że zaproszono na nie maluchy, ale dlatego, że leżał za ogrodzeniem, które było potrzebne do przywiązania balonów. Alice przyłapała się na tym, że liczy prezenty. Zawsze coś liczyła. Stopnie schodów, pasy na jezdni, ptaki odlatujące jesienią na południe. Na stole leżało czternaście upominków, ale przyszło tylko trzynaście dziewczynek. Czy mama Maddy też przyniosła prezent? A może ten prezent dała jakaś dziewczynka, która wyjechała na obóz? Czternaście prezentów, trzynaście dziewczynek. Podarunek od Alice wyglądał bardzo ładnie – matka opakowała go w niebieski błyszczący papier – ale jego kształt zdradzał wszystko. Książka, po prostu książka, a Maddy nie należała do dziewczyn, które ucieszą się z książki. Ona pragnęła nowych podkoszulków odsłaniających brzuch, gumowych bransoletek i lakieru do paznokci, który dawało się zdrapać. Była najmłodsza w klasie, ale wiedziała najwięcej o makijażu. Zawsze przemycała błyszczyk i zielony tusz, aż wreszcie zakonnice ją przyłapały, kazały iść do łazienki i wszystko z siebie zmyć.
Alice spodziewała się, że matka Maddy też będzie ładna, tak po prostu. Tymczasem okazała się całkiem zwyczajna – na tyle szczupła, aby nosić bikini, lecz sprawiała wrażenie zmęczonej, jakby wycieńczyło ją bycie zgrabną i opaloną. Nawet jej włosy wydawały się zmęczone, przypominały takie, które na reklamach odżywek pokazuje się jako fryzurę „przed”. Dzieci ze Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku miały matki dwóch zasadniczych rodzajów: pracujące oraz niepracujące. Jednak mama Maddy była Matką, Która Kiedyś Pracowała. Tak przedstawiła się mamie Alice, kiedy ta któregoś dnia zadzwoniła do niej, żeby zapytać o kilka spraw związanych z Ronnie. Alice wiedziała, o czym rozmawiały, bo podsłuchiwała je z drugiego aparatu. Tak zresztą robiła od czasu do czasu.
– Jestem matką Maddy, kiedyś pracowałam w Piper and Marbury.
Matka Alice wydała z siebie krótkie „ach”, tak jakby to było coś dobrego. Ona zawsze pochwalała Wszystko Co Twórcze. Jednak Alice zdumiała się, że mama Maddy pracuje jako flecistka*. Myślała, że jest prawniczką. Wyobraziła sobie matkę Maddy w zielonym kapelusiku z piórkiem, wywabiającą dźwiękiem piszczałki dzieci z Hameln, razem ze szczurami. Nie, to szczury wyszły pierwsze, grajek zabrał dzieci dopiero później. A poza tym mama Maddy była pewnie flecistką w orkiestrze, a nie kimś, kto po prostu gra na ulicy albo w cyrku. To chyba fajnie mieć matkę muzyka.

* Gra słów: wyraz „Piper” w nazwie tej firmy po angielsku oznacza flecistę – przyp. tłum.

Ale Matka, Która Kiedyś Pracowała, wyglądała, jakby od samego początku przyjęcia bolała ją głowa. Na jej czole widniały cztery zmarszczki niczym dwa identyczne symbole równości, a na grzbiecie nosa coś w rodzaju malutkich nawiasów. Wydawało się, że robią się coraz głębsze i głębsze, więc gdy nadszedł czas rozpakowywania prezentów, jej twarz przypominała trudne zadanie matematyczne, może nawet coś z algebry. W Szkole Świętego Wilhelma nie było rozszerzonego programu, ale siostra Elizabeth zaczęła zadawać Alice dodatkowe prace domowe z matematyki. Alice nie mówiła o tym matce, choć sama nie wiedziała dlaczego. Może przez to, że prawie nie miała tajemnic przed matką, która zawsze dokładnie wiedziała, co ona myśli. Czasem wydawało jej się, że mama mogłaby nie być zadowolona, że córka lubi matematykę – przedmiot niekreatywny i prowadzący do zarabiania pieniędzy, o których Helen Manning zawsze twierdziła, że stanowi prawdziwe źródło wszelkiego zła. Właściwie nie tyle zarabianie pieniędzy, ile martwienie się o nie, liczenie ich. Kiedy Alice po raz pierwszy usłyszała o źródle wszelkiego zła, zapytała, czy bije ono gdzieś w okolicy drogi numer 40. Matka uśmiała się wtedy do łez, a potem uściskała ją i powiedziała:
– Wiesz, nawet całkiem blisko, gwarantuję ci.
Gdy Alice chciała rozweselić matkę, zawsze powtarzała ten dowcip, aż wreszcie Helen rzuciła:
– Daj spokój, Alice. Nie po to jesteś na tej planecie, żeby uszczęśliwiać innych, nawet mnie. Zwłaszcza mnie.
Prezent Ronnie rozpakowano jako przedostatni. Był owinięty w czerwony papier, który miał zagięcia w nieodpowiednich miejscach, więc każdy widział, że został zdjęty z jakiegoś innego prezentu, złożony w prostokąt i użyty ponownie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał jak papier na gwiazdkowe upominki – brakowało świętych mikołajów, choinek, cukierków, miał po prostu czerwony kolor – ale i tak każdy dobrze wiedział, do czego tak naprawdę służy. Dziewczynka obok Wendy wyszeptała coś i Wendy odwróciła się do Alice. Już miała coś powiedzieć, kiedy otwarto prezent i wszyscy zamilkli.
– Czyż to nie ładne – oznajmiła matka Maddy, tak jak dwanaście razy wcześniej i zawsze takim samym tonem.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram