“Potężniejszy od miecza” – piąty tom obejmującej sto lat wielopokoleniowej sagi „Kroniki Cliftonów”.


Powieść “Potężniejszy od miecza” otwiera scena eksplozji bomby podłożonej przez IRA na statku Buckingham podczas jego dziewiczego rejsu do Nowego Jorku. Czy ktoś zginie?

Emma zostaje uwikłana w trudny proces z czarnym charakterem „Kronik” lady Victorią, kariera polityczna Gilesa nagle staje pod znakiem zapytania, Harry podejmuje straceńczą próbę wykradzenia z Rosji zakazanej książki o Stalinie, a Sebastian wyrasta na poważnego bankowca i jednego z głównych bohaterów książki.

Jeffrey Archer kontynuuje fascynującą opowieść o rodzinie Cliftonów i Barringtonów z jeszcze większą niż dotychczas brawurą.

Jeffrey Archer
Potężniejszy od miecza
cykl: Kroniki Cliftonów tom 5
Przekład: Danuta Sękalska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 22 września 2015
 
 


Pod rządami prawdziwie wielkich ludzi
pióro to oręż potężniejszy od miecza.

Edward Bulwer-Lytton, 1803–1873

Prolog
Październik 1964

Brendan nie zapukał do drzwi kabiny, tylko obrócił gałkę i wśliznął się do środka, zerknąwszy do tyłu, by się upewnić, że nikt go nie widzi. Nie chciał tłumaczyć, co młody człowiek z drugiej klasy robi w kabinie starego para o nocnej porze. Nie żeby ktoś to komentował.
– Czy ktoś może nam przeszkodzić? – spytał Brendan, zamknąwszy drzwi.
– Nikt tu nie wejdzie przed siódmą rano, a wtedy nie będzie nic, czemu by można przeszkodzić.
– Dobrze – powiedział Brendan.
Ukląkł, otworzył zamek wielkiego kufra, podniósł wieko i przyjrzał się skomplikowanemu mechanizmowi, którego skonstruowanie zajęło mu ponad miesiąc. Przez pół godziny sprawdzał, czy wszystkie przewody są podłączone, czy każda wskazówka jest w odpowiednim położeniu i czy zegar startuje przy uruchomieniu przełącznika. Dopiero kiedy uznał, że wszystko działa idealnie, podniósł się z kolan.
– Wszystko gotowe – oznajmił. – Kiedy chcesz to uruchomić?
– O trzeciej rano. I będę potrzebował trzydziestu minut, żeby to wszystko usunąć – dodał stary par, dotknąwszy podwójnego podbródka – i mieć dość czasu, żeby się dostać do drugiej kabiny.
Brendan odwrócił się do kufra i nastawił urządzenie zegarowe na trzecią.
– Wystarczy, że tuż przed wyjściem włączysz przełącznik i sprawdzisz, czy chodzi wskazówka sekundowa.
– To co może pójść źle?
– Nic, jeżeli lilie są wciąż w kabinie pani Clifton. Nikt w tym korytarzu i prawdopodobnie na pokładzie poniżej nie przeżyje. W ziemi pod kwiatami są prawie trzy kilogramy dynamitu, dużo więcej niż potrzebujemy, ale dzięki temu możemy być pewni, że zgarniemy forsę.
– Masz mój klucz?
– Tak – odparł Brendan. – Kabina numer siedemset sześć. Nowy paszport i bilet znajdziesz pod poduszką.
– Jest jeszcze coś, o co powinienem się martwić?
– Nie. Tylko przed wyjściem się upewnij, czy chodzi wskazówka sekundowa.
Doherty się uśmiechnął.
– Do zobaczenia w Belfaście – rzucił.
Harry otworzył drzwi kabiny i usunął się na bok, żeby przepuścić Emmę.
Pochyliła się i powąchała lilie, które przysłała Królowa Matka dla upamiętnienia ceremonii wodowania Buckinghama.
– Jestem wyczerpana – powiedziała, prostując się. – Nie wiem, jak Królowa Matka radzi sobie z obowiązkami dzień po dniu.
– Jest w tym dobra, ale założę się, że byłaby u kresu sił, gdyby przez kilka dni próbowała pełnić rolę prezeski firmy Barringtona.
– Już wolę swoją pracę – powiedziała Emma, zrzucając sukienkę i wieszając ją w szafie, a potem znikając w łazience.
Harry jeszcze raz przeczytał kartę od Jej Królewskiej Wysokości Królowej Matki. Taki osobisty ton. Emma już zdecydowała, że postawi wazon w swoim biurze, kiedy wrócą do Bristolu, i w każdy poniedziałek rano włoży do niego świeże lilie. Harry się uśmiechnął. Czemu nie?
Gdy Emma wyszła z łazienki, Harry zajął jej miejsce i zamknął za sobą drzwi. Emma zrzuciła szlafrok i położyła się do łóżka, zbyt zmęczona, żeby przeczytać choćby kilka stron poleconej przez Harry’ego powieści Szpieg, który przyszedł z zimnej strefy pióra nowego autora. Zgasiła światło po swojej stronie łóżka i szepnęła:
– Dobranoc, kochanie – chociaż wiedziała, że Harry jej nie słyszy.
Gdy Harry wyszedł z łazienki, Emma mocno spała. Opatulił ją jak dziecko, pocałował w czoło i szepnął:
– Dobranoc, ukochana. – a potem położył się do łóżka, ubawiony jej delikatnym mruczeniem. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy nazwać tego chrapaniem.
Leżał, nie śpiąc, bardzo z niej dumny. Wodowanie statku było nadzwyczaj udane. Obrócił się na bok, przypuszczając, że zaraz zmorzy go sen, ale choć powieki mu ciążyły i czuł się wyczerpany, nie mógł zasnąć. Coś było nie tak.
Inny mężczyzna, teraz bezpieczny po powrocie do kabiny drugiej klasy, też czuwał. Chociaż była trzecia rano, a on wykonał swoje zadanie, nie próbował zasnąć. Właśnie szykował się do roboty.
Zawsze ten sam niepokój, kiedy trzeba czekać. Czy zostawiłeś jakiś ślad, który prowadzi prosto do ciebie? Czy popełniłeś jakieś błędy, które spowodują klęskę operacji i uczynią cię pośmiewiskiem w ojczyźnie? Nie uspokoi się, dopóki się nie znajdzie w łodzi ratunkowej, a jeszcze lepiej na innym statku płynącym do innego portu.
Pięć minut czternaście sekund…
Wiedział, że jego rodacy, bojownicy tej samej sprawy, są równie zdenerwowani jak on.
Czekanie jest zawsze najgorsze, poza kontrolą, już nic nie można zrobić.
Cztery minuty jedenaście sekund…
To gorzej niż na meczu piłki nożnej, kiedy prowadzisz jeden do zera, ale wiesz, że druga strona jest silniejsza i ma szansę strzelić gola w doliczonym czasie. Przypomniał sobie instrukcje dowódcy okręgu: pamiętajcie, kiedy wybuchnie bomba, bądźcie pierwsi na pokładzie i pierwsi w łodzi ratunkowej, bo jutro o tej porze będą poszukiwać wszystkich poniżej trzydziestu pięciu lat z akcentem irlandzkim, toteż, chłopaki, trzymajcie buzie zamknięte na kłódkę.
Trzy minuty czterdzieści sekund… trzydzieści dziewięć.
Wlepił wzrok w drzwi kabiny i wyobraził sobie najgorsze, co może się zdarzyć. Bomba nie wybuchnie, drzwi się otworzą i kilkunastu, a może więcej zbirów z policji wpadnie do środka, wymachując pałkami na wszystkie strony, nie bacząc, ile razy ci przywalą. Ale jedyne, co słyszał, to rytmiczne dudnienie silnika Buckinghama, który kontynuował spokojną podróż przez Atlantyk do Nowego Jorku. Miasta, do którego nigdy nie dopłynie.
Dwie minuty trzydzieści cztery sekundy… trzydzieści trzy…
Zaczął sobie wyobrażać, jak to będzie, gdy znów się znajdzie na Falls Road. Kiedy chłopaczki w krótkich spodenkach zobaczą go na ulicy, będą spoglądać na niego z podziwem i marzyć, że gdy dorosną, staną się tacy jak on. Bohater, który wysadził w powietrze Buckinghama zaledwie w kilka tygodni po chrzcie przez Królową Matkę. Nikt nie wspomni o utraconym życiu niewinnych ludzi; nie ma niewinnych ludzi, kiedy wierzysz w sprawę. W gruncie rzeczy nigdy nie spotkał żadnego z pasażerów z kabin na górnych pokładach. Dowie się o nich wszystkiego z jutrzejszych gazet, a jeżeli dobrze wykonał robotę, nie będzie tam jego nazwiska.
Minuta dwadzieścia dwie sekundy… dwadzieścia jeden…
Co może teraz pójść źle? Czy urządzenie skonstruowane w sypialni na piętrze w Dungannon zawiedzie w ostatniej minucie? Czy czeka go cisza porażki?
Sześćdziesiąt sekund…
Zaczął odliczać szeptem.
Pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt sześć…
Czy ten pijany facet rozwalony w fotelu w holu czekał na niego cały czas? Czy oni idą już do jego kabiny?
Czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem, czterdzieści siedem, czterdzieści sześć…
Czy lilie zmieniono, wyrzucono, zabrano? Może pani Clifton jest uczulona na pyłki kwiatowe?
Trzydzieści dziewięć, trzydzieści osiem, trzydzieści siedem, trzydzieści sześć…
Czy otworzyli kabinę jego lordowskiej mości i znaleźli otwarty kufer?
Dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia osiem, dwadzieścia siedem, dwadzieścia sześć…
Czy już szukają na statku mężczyzny, który wymknął się z łazienki w salonie pierwszej klasy?
Dziewiętnaście, osiemnaście, siedemnaście, szesnaście…
Przestał liczyć i otworzył oczy. Nic. Tylko upiorna cisza, która zawsze następuje po klęsce. Schylił głowę i pomodlił się do Boga, w którego nie wierzył, i natychmiast nastąpił wybuch tak wściekły, że padł na ścianę kabiny jak liść miotany wichrem. Z trudem powstał na nogi i uśmiechnął się, gdy usłyszał krzyk. Mógł się tylko domyślać, ilu pasażerów na najwyższym pokładzie zdołało przeżyć.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram