Pełna inteligentnego humoru i zagadek powieść osnuta tajemnicą, w której śmierć i niebezpieczeństwo czają się na uliczkach współczesnych miast i w podziemiach średniowiecznych zamków.


Tirso Alfaro, doktorant na wydziale historii sztuki, podczas praktyki w muzeum w Canterbury jest świadkiem kradzieży zabytkowej pateny.

Po powrocie do Madrytu odpowiada na enigmatyczną ofertę pracy i bierze udział w osobliwym procesie rekrutacji, nawet nie podejrzewając, że na próbę wystawia go tajna organizacja – Narodowy Korpus Poszukiwaczy, którego celem jest odzyskanie cennych dzieł sztuki należących do dziedzictwa Hiszpanii.

Wkrótce Tirso włączy się do szaleńczej pogoni za mitycznym Stołem Salomona, który wedle legend może przynieść tylko nieszczęście. Tym samym zostanie wciągnięty w oszałamiającą spiralę niebezpieczeństw, zdrady i śmierci.

Luis Montero Manglano – brat Carli Montero, autorki bestsellerowej Szmaragdowej Tablicy – urodził się w Madrycie w 1981 roku. Jest dyrektorem ds. kształcenia oraz wykładowcą historii i sztuki średniowiecznej w Ośrodku Studiów Romańskich w Madrycie. Opublikował książkę El lamento de Caín, wyróżnioną nagrodą EATER dla najlepszej powieści grozy 2012 roku.

Luis Montero Manglano
Stół króla Salomona
Przekład: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 1 marca 2016


Szem ha-Meforasz. Imię Boga.
Chcesz wiedzieć, jak się to wszystko zaczęło? Pewnie, mógłbym opowiedzieć ci tę historię, ale znam lepszą.
Kiedy byłem mały, tata zabierał mnie do muzeów. Inne dzieci chodziły z rodzicami do wesołego miasteczka, do zoo czy po prostu do kina. W każdy poniedziałek koledzy w szkole z ożywieniem dyskutowali o Wojowniczych żółwiach ninja albo licytowali się, kto więcej razy zwymiotował na kolejce górskiej. Ja milczałem. Wstydziłem się przyznać, że przez cały weekend oglądałem obrazy przedstawiające dziwnie ubranych ludzi.
Wydaje mi się, że mój ojciec miał podobne odczucia. Coś mi mówi, że on też wolałby posadzić mnie na półtorej godziny przed olbrzymim ekranem – nie musiałby bawić mnie rozmową. A jednak ciągle prowadzał mnie do muzeów. Nie rozumiałem dlaczego. Nie widywałem go zbyt często. Z tego, co wiem, moi rodzice nigdy nawet razem nie mieszkali. On był pilotem, matka – archeolożką. Historia o tym, jak poznali się pewnego wieczoru, przespali bez zabezpieczenia, a dziewięć miesięcy później przyszedłem na świat, na pewno jest ciekawa. Mógłbym ci ją opowiedzieć, ale znam lepszą.
O Szem ha-Meforasz już ci wspominałem.
Rodzice nie potrzebowali ani księdza, ani urzędnika, ani żadnego papierka. Wystarczyła im ustna umowa, jak przystało na ludzi chcących uchodzić za nowoczesnych i cywilizowanych. Matka postanowiła wychowywać mnie samotnie, ale nie rościła sobie prawa do wyłączności. Raz na jakiś czas w naszym domu pojawiał się ten człowiek, z zawodu pilot lotnictwa cywilnego, zwany przeze mnie „tatą” (choć równie dobrze mógłbym zwracać się do niego per „Fernando”, „Manuel” czy nawet „Salomon”), i zabierał mnie na spacer. Spacer po muzeach.
Zawsze po muzeach.
Oczywiście nudziłem się jak mops. Jako małe dziecko nie czułem się na tyle swobodnie w obecności tego miłego pana, żeby przyznać, jak nieciekawe to dla mnie zajęcie. Zawsze kazano mi być grzecznym i nie sprawiać tacie kłopotów, zachowywałem się więc jak na posłuszne dziecko przystało.
Przemierzaliśmy wspólnie niekończące się korytarze Muzeum Prado: ojciec sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział co, ja zaś patrzyłem na ogromne obrazy tymi dziecięcymi oczami na pół twarzy.
Czasem ojciec wskazywał jakiś obraz i podawał nazwisko: „Patrz, to Velazqueza… Tamten jest Rubensa… A ten tutaj to Goi…”. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego te malowidła nie wiszą w domach tych panów, skoro najwyraźniej były ich własnością.
Jedno dzieło wywarło na mnie szczególne wrażenie. Płótno, wielkie na całą ścianę, przedstawiało chłopca na grzbiecie wspaniałego rumaka. Wiele lat później dowiedziałem się, że to portret księcia Baltazara Karola na koniu, autorstwa Velazqueza, ale wówczas widziałem tylko chłopaka, który najwyraźniej bawił się dużo lepiej niż ja.
Pamiętam, że pokazałem tacie obraz i zapytałem o przedstawioną na nim postać.
– To książę…
– Jak ma na imię?
Wtedy ojciec ukląkł przede mną, spojrzał mi w oczy i odparł:
– Chcesz dowiedzieć się czegoś o nim? Pewnie, mógłbym opowiedzieć ci tę historię, ale znam lepszą.
Wtedy pierwszy raz usłyszałem o Stole Salomona.
Szem ha-Meforasz.
Być może jesteś jak tamto dziecko i obiło ci się o uszy coś na temat króla Salomona, syna Dawida, z domu Izajasza i pokolenia Judy. Trzeciego króla Izraela, najmądrzejszego i najpotężniejszego władcy swoich czasów – tak przynajmniej mówił o nim ojciec. Niemal tysiąc lat przed Chrystusem Salomon zasiadł na tronie Izraela. Pragnął zostać najwybitniejszym władcą rodu, choć nie stanowiło to szczególnego wyzwania: większość jego przodków rządziła co najwyżej sporym stadem kóz. Jerozolima była wówczas małym, pustynnym miasteczkiem, Salomon postanowił jednak uczynić stolicę swojego królestwa najwspanialszym miastem świata. Wzniósł świątynię, na której fundamentach do dziś wierni modlą się i opłakują jej zburzenie.
Zbudował olbrzymi pałac, a w jego wnętrzu, na podwyższeniu z dziewięciu schodków, ustawił tron wsparty na parze złotych lwów. Podłogę przed tronem wyłożył zaś srebrem wypolerowanym na tak wysoki połysk, że przypominało taflę jeziora.
Tak zaczynała się ta historia. Już dawno zdążyłem zapomnieć o głupim dziecku na koniu.
Sława Salomona przekroczyła granice królestwa i dotarła w odległe zakątki świata. Pewnego dnia Salomona odwiedziła królowa o wargach jak wstążeczka purpury, o skroni jak okrawek granatu, skrytej za zasłoną, i piersiach jak bliźnięta gazeli. Tak opisano ją w Pieśni nad pieśniami.
Ta piękna królowa pochodziła z dalekiej krainy zwanej Sabą. Na imię miała Lilith.
Salomona doszły jednak słuchy, że kobieta ta ma względem niego niecne zamiary: że nie jest wcale tą, za którą się podaje, a ni mniej, ni więcej, tylko czarownicą, potomkinią ostatnich nefilim – olbrzymów, którzy zaludniali ziemię, zanim Jahwe stworzył człowieka. Okrutni, brutalni i lubieżni nefilim nie byli mili Bogu, rozkazał więc aniołom dokonać zagłady olbrzymów. Wojna trwała wiele tysięcy lat.
Na tym etapie opowieść bez reszty pochłonęła już chłopca o wielkich oczach. O tym nie uczono na lekcjach religii.
Salomon obmyślił fortel, aby przekonać się, czy królowa Saby to rzeczywiście czarownica. Czekał na nią, siedząc na tronie, przed którym rozpościerała się błyszcząca srebrna podłoga. Kiedy Lilith przybyła na audiencję i zobaczyła tak nieskazitelną posadzkę, pomyślała, że stoi nad brzegiem stawu. Uniosła więc rąbek sukni, żeby sprawdzić, czy to woda, czy tylko złudzenie. Wtedy Salomon zauważył, że zamiast ludzkich stóp królowa ma okropne łapy o palcach spiętych błoną pławną niczym u kaczki.
Jak często zdarza się w opowieściach, piękna dama okazała się wstrętną czarownicą.
Salomon zachował się jednak tak, jak zrobiłby na jego miejscu każdy mężczyzna: postanowił zignorować paskudne płetwy i skupić się na tym, co było od kostek w górę. Wiedźma czy nie, wyglądała całkiem apetycznie. Z drugiej jednak strony, skoro już dowiedział się o tajemnych mocach królowej, postanowił wykorzystać je do swoich celów.
Słodkimi słówkami („miodem najświeższym ociekają wargi twe, oblubienico, miód i mleko pod twoim językiem…”) uwiódł Lilith i wyciągnął z niej wszystkie sekrety sztuki ezoterycznej. Królowa zaś beznadziejnie zakochała się w Salomonie. W końcu król zdołał uzyskać od wiedźmy nefilim najpotężniejsze z zaklęć. Dzięki temu narzędziu monarcha miał posiąść władzę, jakiej nie zdobył jeszcze nikt w historii ludzkości, odkąd Bóg stworzył człowieka z garści gliny. Władzę niedostępną nawet aniołom, archaniołom i najwyższym przedstawicielom zastępów niebieskich.
Szem ha-Meforasz…
Lilith zbudowała dla Salomona stół i umieściła na jego blacie tajemnicę Szem ha-Meforasz. Dzięki temu fantastycznemu meblowi władca Izraela posiadł moce, o których nawet mu się nie śniło: zdobył sławę, mądrość i bogactwo, a także wiedzę o boskiej tajemnicy stworzenia.
Szem ha-Meforasz.
Królowa szybko jednak się zorientowała, że Salomon oszukał ją i wykorzystał, że wcale jej nie kochał i pragnął tylko jej magii. Z tej opowieści wynikła jedyna rada, jakiej kiedykolwiek udzielił mi ojciec w sprawach damsko-męskich: uważaj, żeby nigdy nie nadepnąć kobiecie na odcisk.
Pod osłoną nocy czarownica dokonała zemsty. Przemykając w ciemności, wśliznęła się do Miejsca Najświętszego i wykradła najcenniejszy skarb ludu Izraela – Arkę Przymierza. Królowa Saby nie zadowoliła się jednak łupem i rzuciła klątwę na króla i jego potomstwo, a zwłaszcza tych, którzy ośmielą się użyć Stołu. Kto odważy się poznać tajemnicę Szem ha-Meforasz, ten może być pewien, że spotka go tragiczny los.
Z przekleństwem na ustach królowa porzuciła Salomona, zabrała ze sobą Arkę Przymierza i słuch po niej zaginął.
Skutki klątwy okazały się opłakane. Na oczach Salomona królestwo rozpadało się wskutek wewnętrznych konfliktów, a u końca żywota rozgoryczonego króla zżerały wyrzuty („marność nad marnościami”, jak czytamy u Koheleta). Po jego śmierci synowie Roboam i Jeroboam pokłócili się o prawo do tronu i podzielili wspaniałe niegdyś królestwo na dwie części.
Jak powszechnie wiadomo, potem Żydom nie wiodło się najlepiej.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram