Opowieść o miłości i wojnie, ludzkiej tragedii i woli przetrwania.


Hope ma trzydzieści sześć lat, mieszka w niewielkim miasteczku letniskowym na Cape Code, od niedawna jest rozwódką, ma dwunastoletnią córkę Annie i prowadzi rodzinną cukiernię, którą założyła jej babcia Rose. Jednak z powodu wielu nieszczęśliwych sytuacji życiowych czuje się samotna, przegrana i stara.

Pewnego wieczoru babcia Hope, przebywająca w domu opieki, chwilowo odzyskuje pamięć i prosi wnuczkę, aby dowiedziała się, co się stało z rodziną Rose, o której nigdy wcześniej nie wspominała. Spełniając tę prośby, Hope pozna dramatyczne losy babki, która jako młoda kobieta musiała uciekać z Francji przed koszmarem wojny i Holokaustu. Życie Hope ulegnie zmianie.

Kristin Harmel jest autorką ośmiu powieści dla kobiet i młodzież, w tym książki Moje rzymskie wakacje. Książka Słodycz zapomnienia została okrzyknięta przez „Marie Claire” najlepszą książką na lato.

Kristin Harmel
Słodycz zapomnienia
Przekład: Ewa Westwalewicz-Mogilska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 20 stycznia 2016


Rozdział pierwszy

Ulica za oknem cukierni jest cicha i pusta. Na pół godziny przed wschodem słońca, gdy wąskie smugi świtu dopiero dosięgają horyzontu, niemal wierzę, że jestem jedynym człowiekiem na ziemi. Mamy wrzesień, półtora tygodnia po Labor Day*, co w małych miastach wzdłuż Cape Cod** oznacza, że turyści odjechali do domu, bostończycy zabili deskami okna swoich letnich domów, a ulice wyludniły się niczym w koszmarze sennym.

* Święto Pracy – pierwszy poniedziałek września.
** Cape Cod – przez miejscową ludność nazywany The Cape – półwysep położony w Stanach Zjednoczonych, w stanie Massachusetts w Nowej Anglii. Półwysep jest najbardziej na wschód wysuniętą częścią stanu. W roku 1914 ukończono budowę kanału, który oddzielił półwysep od stałego lądu. Słowo cod w języku angielskim znaczy „dorsz”, a cape – „przylądek”, zaś nazwę nawiązującą do obfitości ryb na tym terenie nadał mu podróżnik Bartholomew Gosnold w 1602 roku.

Liście drzew zaczęły się zmieniać. Za kilka tygodni, jak co roku, ich kolory upodobnią się do przygaszonych odcieni zachodzącego słońca. Tutejsi mieszkańcy na ogół nie wypatrują oznak nadchodzącej jesieni. Zainteresowani listowiem amatorzy podążą do Vermont, New Hampshire lub Berkshires w zachodniej części naszego stanu, gdzie dęby i klony zabarwią świat ognistą czerwienią i płomiennym oranżem. Lecz wraz z coraz krótszymi dniami na znieruchomiałym po sezonie półwyspie rozkołysana trawa na plaży stanie się złocista, przybędą z Kanady wielkie stada migrujących na południe ptaków, bagna zblakną niczym namalowane akwarelami. A ja, jak zawsze, będę wyglądać przez okno cukierni o nazwie Gwiazda Północna. odkąd pamiętam, to miejsce, rodzinna cukiernia, zawsze była mi domem bardziej niż żółty budynek nad zatoką, gdzie się wychowałam i do którego teraz musiałam wrócić po zakończeniu sprawy rozwodowej.
Rozwód. To słowo wciąż rozbrzmiewa w mojej głowie. To przez nie czuję się jak ofiara losu, usiłująca zachować równowagę przy otwieraniu drzwiczek piecyka jedną stopą, jednocześnie żonglująca dwiema wielkimi blachami pełnymi miniaturowych placków cynamonowych i niespuszczająca z oczu drzwi do cukierni. Wsuwając do piekarnika blachy z placuszkami i wyjmując z niego blachę rogalików oraz zamykając biodrem drzwiczki, po raz kolejny uświadamiam sobie, że mam jednak pełne ręce roboty. W tym przypadku – dosłownie.
Ze względu na Annie starałam się nie dopuścić do rozpadu małżeństwa. Nie chciałam, żeby moja córka dorastała w domu, w którym będzie się czuła zagubiona, jak to się stało moim udziałem, gdy byłam mała. Pragnęłam dla niej lepszego losu. Ale życie nigdy nie układa się zgodnie z tym, co sobie zaplanujemy, prawda?
Zdejmuję z blachy francuskie maślane croissanty, gdy odzywa się dzwonek u drzwi. Zerkam na czasomierz drugiego piekarnika; waniliowe babeczki należy wyjąć za niecałą minutę. Mogę więc przejść na chwilkę do mieszczącego się od frontu sklepu.
– Hope? – Dobiega mnie głęboki męski głos. – Jesteś tam?
Wzdycham z ulgą. Klient, którego znam. Po wyjeździe turystów znam tu niemal wszystkich.
– Chwileczkę, Matt! – wołam.
Wkładam specjalne rękawice, jaskrawoniebieskie z wyhaftowanymi babeczkami. W ubiegłym roku Annie kupiła mi je na trzydzieste piąte urodziny. Wyjmuję z pieca waniliowe ciasteczka. Przez chwilę wdycham głęboko cukrową woń dzieciństwa. Moja Mamie*, co po francusku znaczy babunia, założyła ciastkarnię Gwiazda Północna przed sześćdziesięcioma laty, kilka lat po tym, jak wprowadziła się z dziadkiem na Cape Cod.
Dorastałam tu i siadując na kolanach babci, uczyłam się cukiernictwa. Tłumaczyła mi cierpliwie, jak się wyrabia ciasto, wyjaśniała, dlaczego chleb rośnie oraz jak zamieniać tradycyjne i zaskakujące kombinacje składników w wypieki, którymi rokrocznie zachwycały się „Boston Glob” i „Cape Cod Times”.

Odstawiam babeczki na specjalną półkę, aby wystygły. Wsuwam na ich miejsce w piekarniku dwie blachy ciasteczek anyżowych i fenkułowych. Niżej, na dolną półkę, wstawiam porcję ciastek w kształcie półksiężyców: migdałową masę o zapachu pomarańczowym i z dodatkiem cynamonu w foremkach, które nadają im pożądany kształt.
Zamykam drzwi piekarnika i otrzepuję ręce. Biorąc głęboki oddech, nastawiam cyfrowy czasomierz i przechodzę z kuchni do jasno oświetlonego pomieszczenia od frontu cukierni. Chociaż czuję się mocno przybita, uśmiecham się; Annie i ja odmalowałyśmy to wnętrze zeszłej jesieni, gdy interes kiepsko się kręcił. Annie wybrała różową farbę i ozdobiła ściany białymi lamówkami. Czasami czujemy się tu jak w ogromnej polukrowanej babce.
Na krześle przy kontuarze siedzi Matt Hines. Na mój widok zrywa się z uśmiechem.
– Hej, Hope – mówi.
Ja także się uśmiecham. Dawno temu, w liceum, Matt był moim chłopakiem. Zerwaliśmy przed wyjazdem do różnych uczelni; po kilku latach wróciłam ze stopniem licencjata, nieprzydatnym, połowicznym wykształceniem prawniczym, z mężem i maleńką córeczką. od tamtej pory przyjaźniliśmy się z Mattem.
Gdy się rozwiodłam, kilkakrotnie mi się oświadczał, ale niemal zdumiona zdałam sobie sprawę z tego, że wyrośliśmy z siebie. Jest dla mnie niczym ulubiony stary sweter, który już nie pasuje albo przestało mi w nim być do twarzy. Życie zmienia nas, nawet gdy sobie tego nie uświadamiamy, i okazuje się, że już nie potrafimy wrócić do tego, co było. Matt jednak zdawał się tego nie dostrzegać.
– Hej, Matt. – Staram się, by mój ton zabrzmiał naturalnie i przyjaźnie. – Zrobić ci kawę? Na koszt firmy, bo musiałeś czekać. – Zanim pada odpowiedź, nalewam mu kawę. Dokładnie wiem, jaką Matt pija: z dwiema łyżeczkami cukru i jedną porcją śmietanki, w jednorazowym kubku, z którym może pójść do Bank of the Cape, gdzie pełni funkcję wiceprezesa, by zacząć papierkową robotę, zanim bank zostanie otwarty dla klientów. Ponieważ Matt pracuje przy Main Street, dwie przecznice dalej, wstępuje do cukierni raz lub dwa razy w tygodniu.
Z uśmiechem sięga po kawę.
– Podać ci coś jeszcze? – pytam, wskazując na szklaną gablotę z wypiekami. Jestem tu od czwartej rano i chociaż nie ze wszystkim się wyrobiłam, mam mnóstwo świeżych ciast. Sięgam po miniaturowe placki w kształcie muszelek wypełnione cytrynowo-migdałowym nadzieniem i polukrowane wodą różaną z miodem. – Co powiesz na ciastko migdałowo-różane? -pytam, podając mu jedno. – Wiem, że to twój ulubiony przysmak.
Matt waha się sekundę i bierze ciasteczko. Nadgryza je i przymyka oczy.
– Masz wrodzony talent cukierniczy, Hope – mówi z pełnymi ustami, i chociaż wiem, że to ma być komplement, jego słowa sprawiają mi przykrość, ponieważ nigdy nie miałam zamiaru zajmować się wypiekami. Nie takie życie sobie wymarzyłam, i Matt dobrze o tym wie. Ale moja babcia zachorowała, matka umarła, więc nie miałam wyboru.
Udaję, że jego uwaga mnie nie zraniła, a on ciągnie:
– Hej, posłuchaj, właściwie przyszedłem tu dziś rano po to, żeby z tobą o czymś porozmawiać. Możesz na chwilkę przysiąść? – Dopiero teraz spostrzegam, że jego uśmiech jest nieco wymuszony. Dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej?
– Hmm… – spoglądam w stronę kuchni. Cynamonowe placki trzeba zaraz wyjąć z pieca, ale mam kilka minut, zanim odezwie się sygnał czasomierza. o tak wczesnej porze nie ma tu żywego ducha. Wzruszam ramionami. – Dobrze, ale tylko na minutkę. – Nalewam sobie czarnej kawy do kubka – to trzecia dzisiejszego ranka – i osuwam się na krzesło naprzeciwko gościa. opieram się o stół i oczekuję, że Matt znowu zaprosi mnie na randkę. Nie wiem, co miałabym mu odpowiedzieć; przez wiele lat skupiałam się wyłącznie na mężu i córce. Kosztowało mnie to utratę wielu dawnych przyjaźni. Teraz, samolubnie, nie chcę stracić również Matta. – o co chodzi?
Nie odpowiada od razu. Odnoszę wrażenie, że coś jest nie w porządku. Prawdopodobnie dlatego, że ostatnio przywykłam do złych wiadomości. Rak matki. Demencja babci. Decyzja Roba, że nie chce już być moim mężem. Toteż jestem zaskoczona, gdy Matt pyta:
– Jak się ma Annie?
Przyglądam mu się uważnie, moje serce nagle przyspiesza; zastanawiam się, czy Matt wie coś, czego ja nie wiem.
– Dlaczego pytasz? Co się stało?
– Po prostu się zastanawiałem – pospiesznie odpowiada. -Staram się być miły. Prowadzę rozmowę.
– Och – mówię, czując ulgę. Cieszę się, że nie przyszedł tu z jakimiś złymi wiadomościami. Nie zdziwiłabym się, gdyby moja córka została przyłapana na czymś głupim w rodzaju kradzieży w sklepie lub robieniu sprayem malowideł na murach gimnazjum. Odkąd rozeszłam się z mężem, zmieniła się. Stała się nerwowa i łatwo wpada w złość. Nieraz z poczuciem winy przeszukiwałam jej pokój, spodziewając się, że znajdę papierosy lub narkotyki, ale jak dotychczas jedynym przejawem zmiany jej usposobienia jest przesadna drażliwość.
– Przepraszam, Matt – rzucam, wciąż obawiając się czegoś złego.
Matt odwraca wzrok.
– Może zjesz dziś ze mną kolację? – pyta. – Ty i ja. Annie znów będzie u Roba, prawda?
Przytakuję ruchem głowy. Mój eksmałżonek i ja dzielimy się opieką po równo. Nie jestem tym zachwycona. Według mojej opinii życie Annie jest przez to nieustabilizowane.
– Nie wiem, Matt – mówię. – Po prostu myślę… – Szukam właściwych słów, którymi go nie zranię. – Jest chyba za wcześnie. Tak myślę. Rozumiesz? Od rozwodu minęło niewiele czasu. Annie naprawdę się z tym boryka. Będzie chyba lepiej, jeśli po prostu…
– To tylko kolacja, Hope – przerywa Matt. – Nie proszę cię o rękę.
Moje policzki płoną.
– Jasne, że nie – mamroczę.
Matt śmieje się i bierze mnie za ręce.
– Odpręż się, Hope. – A gdy wciąż się waham, uśmiecha się lekko i dodaje: – Musisz coś jeść. Prawda?
– Tak. No, dobrze – zgadzam się.
W tej samej chwili otwierają się frontowe drzwi cukierni i wchodzi Annie z plecakiem na ramieniu, w ciemnych okularach, chociaż jeszcze nie świta. Przystaje na chwilę, przygląda się nam, a ja wiem, co sobie myśli. Odsuwam ręce od Matta, ale już jest za późno.
– No, pięknie! – woła Annie. Gwałtownym ruchem zdejmuje okulary przeciwsłoneczne i odrzuca do tyłu długie, kręcone, jasne włosy, obrzucając nas krytycznym spojrzeniem. Jej ciemnoszare oczy stają się jeszcze bardziej chmurne niż zazwyczaj. – Do czego by doszło, gdybym nie przyszła w porę?
– Annie – mówię, wstając. – Nie jest tak, jak myślisz.
– Nieważne – odpowiada. To jej nowe ulubione słowo.
– Nie bądź niemiła dla Matta – napominam córkę.
– Nieważne – powtarza, przesadnie wywracając oczami. -Będę na zapleczu. Więc możecie, jeśli tak wam się podoba, wrócić do tego, co robiliście.
Annie znika za dwuskrzydłowymi drzwiami, a ja patrzę na nie bezradnie. Wzdrygam się, słysząc, jak jej ciężki plecak ląduje z hukiem na bufecie, aż brzęczą stalowe miski, które tam trzymam. Wzdrygam się.
– Wybacz – zwracam się do Matta patrzącego na drzwi kuchni, za którymi zniknęła Annie.
– Ma charakterek.
Śmieję się z przymusem.
– Ach, te dzieciaki.
– Szczerze mówiąc, nie wiem, jak możesz to znosić – dodaje.
Uśmiecham się ostrzegawczo. Ja mogę być krytyczna wobec własnej córki, on nie.
– Po prostu przeżywa trudny okres – wyjaśniam. Wstaję i też spoglądam w stronę kuchni. – Źle zniosła nasz rozwód. I nie zapominaj, że jest w siódmej klasie. To nie najłatwiejszy rok w szkole.
Matt także się podnosi.
– Ale sposób, w jaki pozwalasz jej zwracać się do ciebie…
Czuję ucisk w żołądku.
– Do widzenia, Matt – rzucam, zaciskając zęby tak mocno, aż bolą mnie szczęki. Nie czekając na odpowiedź, odwracam się, z nadzieją, że Matt się wyniesie.

– Nie wolno ci nieuprzejmie traktować klientów – przywołuję Annie do porządku, wchodząc przez dwuskrzydłowe drzwi do kuchni.
Stoi zwrócona plecami do mnie i wpatruje się w zawartość jednej z misek – ciasto na czerwone aksamitne babeczki. Przez chwilę wydaje mi się, że lekceważy mnie umyślnie. Potem dostrzegam w jej uszach słuchawki. Przeklęty iPod.
– Hej! – wołam. Brak odpowiedzi, więc podchodzę i przystaję za nią. Wyjmuję słuchawkę z jej lewego ucha. Moja córka podskakuje i odwraca się błyskawicznie. Jej oczy płoną, jakbym wymierzyła jej klapsa.
– Boże, mamo, o co ci chodzi? – pyta.
Zaskoczona malującym się na jej twarzy gniewem, nieruchomieję, bo wciąż mam w pamięci słodką dziewczyneczkę, która właziła mi na kolana, by słuchać bajek, dziewczyneczkę, która przychodziła do mnie po pociechę z każdym zadrapaniem, dziewczynkę, która robiła dla mnie biżuterię z modeli-ny i nalegała, bym ją nosiła, jadąc na zakupy do Stop&Shop. W jakimś sensie jest nią nadal, ale ukrywa się za lodowatą fasadą. Kiedy to się zmieni? Chcę jej powiedzieć „kocham cię i nie powinnyśmy się tak kłócić”, ale słyszę własne słowa:
– Nie mówiłam ci, Annie, żebyś się nie malowała do szkoły?
Mruży przesadnie umalowane oczy i krzywi uszminkowane wargi w bezczelnym uśmieszku.
– Tata nie ma nic przeciwko temu.
Przeklinam Roba w myśli. Zupełnie jakby jego najważniejszym celem było podkopywanie mojego autorytetu.
– A ja się na to nie zgadzam – stwierdzam stanowczo. -Marsz do łazienki i zetrzyj to z twarzy.
– Nie – odpowiada Annie buntowniczo i bierze się pod boki. Patrzy na mnie gniewnym wzrokiem. Ma na dżinsach smugi czerwonego ciasta na babeczki, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Gdy to spostrzeże, winą obarczy mnie.
– To nie jest pora na dyskusję, Annie – mówię. – Rób, co ci każę, bo inaczej masz szlaban.
Słyszę swój lodowaty ton i przypomina mi się matka. Przez moment nienawidzę sama siebie, ale twardo wpatruję się w córkę.
Ona pierwsza odwraca wzrok.
– Nieważne! – Zdejmuje fartuch i ciska go na podłogę. -Nie powinnam tutaj pracować! – wrzeszczy, wymachując rękami. – To niezgodne z prawami dziecka!
Spoglądam w niebo. Omawiałyśmy to dziesięć tysięcy razy. Annie nie pracuje tu za pieniądze; to nasza rodzinna firma, toteż oczekuję od córki pomocy. Wszak ja, będąc dzieckiem, także pomagałam mamie, a moja mama pomagała babci.
– Nie będę ci tego tłumaczyć od nowa – mówię kategorycznie. – Wolisz kosić trawnik i pomagać w domu?
Wypada z kuchni, prawdopodobnie zmierzając do łazienki.
– Nienawidzę cię! – krzyczy i znika za drzwiami.
Jej słowa ranią mnie niczym sztylet wbity w serce, chociaż pamiętam, że będąc w wieku Annie, wykrzykiwałam do matki to samo.
– Taaa… – mruczę pod nosem, sięgając po miskę i drewnianą łyżkę, którą moja córka zostawiła na bufecie. – Nic nowego pod słońcem.
O ósmej trzydzieści, gdy Annie zbiera się do oddalonej o cztery przecznice szkoły o wdzięcznej nazwie Sea Oats*, wszystkie wypieki są wyprzedane, a sklep jest pełen stałych klientów. W piekarniku tkwi blacha ze strudlem różanym nadzianym jabłkami, migdałami, rodzynkami, kandyzowaną skórką pomarańczową i cynamonem. W cukierni unosi się smakowity zapach.

* Sea Oats – (dosłownie „owies morski”) rodzaj traw rosnących na wydmach nadmorskich.

Kay Sullivan i Barbara Koontz, osiemdziesięciokilkuletnie wdowy, które mieszkają po przeciwnej stronie ulicy, zatopione w rozmowie spoglądają przez okno, popijając kawę przy stole najbliżej drzwi. Gavin Keyes, którego wynajęłam do pomocy, aby w ciągu lata doprowadził dom mojej matki do stanu używalności, siedzi nieopodal. Sączy kawę, czytając „Cape Cod Times”. Derek Walls, owdowiały ojciec mieszkający w domu na plaży, jest tu z czteroletnimi bliźniaczkami – Jay i Merri. Obie liżą lody w waniliowych babeczkach, chociaż to pora śniadania. A Emma Thomas, pięćdziesięciokilkuletnia pielęgniarka z hospicjum, która opiekowała się moją umierającą mamą, stoi przy ladzie, wybierając ciastko do herbaty.
Już mam zapakować dla Emmy jagodziankę na wynos, gdy mija mnie Annie. Ma na sobie płaszcz, a na ramieniu plecak. Chwytam ją za rękę.
– Pokaż mi twarz – mówię.
– Nie – mamrocze ze spuszczoną głową.
– Annie!
– Nieważne – bąka. Podnosi głowę i widzę, że nałożyła sobie nowy makijaż i umalowała usta ohydną szminką. Policzkom nadała rumieńce o barwie fuksji.
– Zetrzyj to, Annie. Natychmiast. I zostaw tu kosmetyki.
– Nie możesz mi ich odebrać – odpowiada. – Kupiłam to za własne pieniądze.
Spoglądam wkoło i zauważam, że w cukierni zapadła cisza. Tylko Jay i Merri szczebioczą nieprzerwanie. Gavin patrzy na mnie z troską, a stare damy obok drzwi tylko się we mnie wpatrują. Odczuwam zakłopotanie. I tak mają mnie tutaj za ofiarę losu, bo pozwoliłam, by rozpadło się moje małżeństwo z Robem; wszyscy tu uważają go za doskonałość, a mnie za kogoś, kto miał szczęście, złapawszy go na męża.
Teraz okazuje się, że nie radzę sobie także z macierzyństwem.
– Annie – mówię przez zaciśnięte zęby. – Natychmiast zrób, co ci każę. I masz szlaban za nieposłuszeństwo.
– Najbliższe kilka dni spędzam u taty – odpowiada z drwiącym uśmieszkiem. – Nie możesz mi dać szlabanu. Już tam nie mieszkasz. Zapomniałaś?
Z trudem przełykam ślinę. Sprawiła mi ból, ale nie okażę jej tego.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram