Nowa książka Erica-Emmanuela Schmitta o miłości, namiętności, o pewnym wydarzeniu, które odkrywa, jacy jesteśmy naprawdę, o seksie, który zagłusza życiową pustkę…


Papugi z placu d'ArezzoPewnego dnia do mieszkańców placu d’Arezzo, eleganckiej dzielnicy Brukseli, trafiają anonimowe wyznania miłosne.

Wywracają ich uporządkowane życie do góry nogami. Budzą zdumienie, prowokują, dają nadzieję…

Powieść Papugi z placu d’Arezzo ukazuje różne, często zaskakujące, odcienie miłości. Pod wpływem tajemniczej korespondencji bohaterowie zaczynają zrzucać swoje maski. Zakochują się, cierpią, uczą się ufać, mierzą się z samotnością.

Eric-Emmanuel Schmitt tworząc fascynującą mozaikę ludzkich losów, z wnikliwą uwagą przygląda się człowiekowi żyjącemu we współczesnym świecie, gdzie namiętność często myli się z miłością, a seks służy zagłuszaniu uczuciowej pustki…

o miłości, która odziera ludzi z masek
o namiętności, która bywa substytutem prawdziwych relacji

Eric-Emmanuel Schmitt
Papugi z placu d’Arezzo
Tłumaczenie: Łukasz Müller
Wydawnictwo Znak
Premiera: 6 listopada 2014

Część pierwsza

Zwiastowanie

Preludium

Każdy, kto przychodził na plac d’Arezzo, doznawał uczucia niezwykłości. Chociaż okrągły skwer otaczały okazałe gmachy w stylu wersalskim z kamienia i cegły, a ocieniony trawnik oraz rododendrony i platany kojarzyły się z roślinnością północy, zmysły łechtała odrobina atmosfery tropików. Nie było jednak nic egzotycznego w tych zrównoważonych fasadach, tych wysokich oknach podzielonych na małe prostokąty, tych balkonach przytłoczonych kutym żelazem czy w zadbanych mansardach, które wynajmowano za ciężkie pieniądze. Tym bardziej nic egzotycznego w tym często szarym, ponurym niebie z chmurami muskającymi pokryte łupkiem dachy.
Kręcenie głową nie wystarczało, żeby pojąć, co się dzieje. Trzeba było jeszcze wiedzieć, gdzie patrzeć. Pierwsi domyślali się spacerowicze z psami. Podążając za swymi ogarami, które z nosem przy ziemi zapamiętale badały teren, zauważali organiczne odpadki pokrywające trawę, krótkie, ciemne odchody w obwódce białej pleśni. Wówczas ich wzrok wędrował do góry, wzdłuż pni, i dostrzegali zdumiewające naturalne kompozycje przesłaniające gałęzie. Potem gdzieś poruszało się kolorowe skrzydło, skrzeczenie przeszywało cień drzewa, przenikliwe dźwięki towarzyszyły różnobarwnemu ptactwu podrywającemu się do lotu i gapie rozumieli, że plac d’Arezzo skrywa całe mnóstwo papug czy papużek.
Jak takie stworzenia z odległych krain, pochodzące z Indii, Amazonii, Afryki, mogły żyć w Brukseli, na wolności, w dobrym zdrowiu, pomimo niesprzyjającego klimatu? I dlaczego w sercu najelegantszej dzielnicy?

1

– Żona porzuca cię, bo już nie odnajduje w tobie zalet, których nigdy nie miałeś. – Zachary Bidermann wypowiedział to zdanie z uśmiechem.
Bawiło go, że jego młody współpracownik, wybitny intelektualista wykształcony w najlepszych szkołach, skrywa naiwność nastolatka.
– Poznając cię, twoja małżonka sądziła, że odkryła ojca swoich przyszłych dzieci, podczas gdy ty ich nie chciałeś. Zakładała, że zajmie u twego boku miejsce równie ważne jak najpierw twoje studia, a potem twoja praca zawodowa, ale tak się nie stało. Miała nadzieję, że twoje liczne znajomości pozwolą jej dotrzeć do osób użytecznych dla jej kariery. Tymczasem w świecie polityki czy w świecie finansów ignoruje się śpiewaczki, nie słucha się ich.
Tym razem, nie zważając na strapioną twarz trzydziestolatka, zaśmiał się i wykrzyknął:
– To nie było małżeństwo, lecz nieporozumienie!
– Czy każde małżeństwo jest błędem?
Zachary Bidermann wstał i okrążył biurko, bawiąc się swoim nowym piórem z czarnej żywicy oprawionej w platynę, na którym skrzyły się jego inicjały.
– Małżeństwo jest kontraktem, najlepiej, jeśli zawartym między dwiema osobami, które wiedzą, do czego się zobowiązują. Niestety, w naszych czasach zdominowanych przez złudne emocje ludzie najczęściej nie zjawiają się przed merem czy proboszczem, będąc w pełni władz umysłowych. Są zaślepieni, omamieni namiętnością, dręczeni rozkoszą, jeśli spełnili akt małżeński, zżerani niecierpliwością, jeśli go nie spełnili. Pobierają się chorzy, mój drogi Henry, rzadko osoby przy zdrowych zmysłach.
– W gruncie rzeczy wyjaśnia mi pan, że przede wszystkim nie należy być zakochanym, aby się dobrze ożenić?
– Wiedzieli to nasi przodkowie. Trzeźwo planowali związki. Wiedzieli, jakie znaczenie ma założenie rodziny.
– Nie bardzo to romantyczne.
– W małżeństwie nie ma nic romantycznego, nieszczęśniku! Jeśli coś jest romantyczne, to porywczość, obłęd, przesada, poświęcenie, męczeństwo, morderstwo, samobójstwo. Budowanie na tym swojego życia oznacza wznoszenie własnego domu na ruchomych piaskach.
Za plecami Zachary’ego Bidermanna, na placu d’Arezzo, papużki i papugi podniosły pełen dezaprobaty wrzask. Rozdrażniony tym skrzeczeniem ekonomista otworzył na oścież okna na ów cudowny wiosenny poranek.
Henry powiódł wzrokiem po pokoju pełnym umiarkowanego przepychu, po funkcjonalnych sygnowanych meblach, jedwabnych dywanach w abstrakcyjne wzory, ścianach pokrytych nieskazitelną boazerią z dębu piaskowanego, wykonaną przez ebenistów z takim wyrafinowaniem, że nie rzucało się w oczy.
Ze ściany zachodniej i wschodniej dwa wiszące naprzeciw siebie szkice Matisse’a, twarz mężczyzny i twarz kobiety, obserwowały stojącego pośrodku Zachary’ego Bidermanna. Henry wahał się, czy zadać pytanie, które go dręczyło.
Zachary Bidermann pochylił się w jego stronę z szyderczym wyrazem twarzy.
– Słyszę, jak pan medytuje, Henry.
– Słucham?
– Zastanawia się pan nad moim związkiem z Rose… Jednak, zważywszy, że jest pan nieco zakompleksionym młodzieńcem, nie ma pan odwagi mnie o to spytać.
– Ja…
– Niech pan będzie szczery. Mylę się?
– Nie.
Zachary Bidermann przyciągnął taboret i usiadł poufale obok Henry’ego.
– To moje trzecie małżeństwo. Trzecie także dla Rose. Trzeba przyznać, że ani ona, ani ja nie zamierzaliśmy popełnić błędu. – Klepnął się w udo. – Człowiek uczy się tylko na własnych błędach. Tym razem chodzi o zdrowy i dobry związek. Wszystko się zgadza. Wątpię, żebyśmy, Rose i ja, tego pożałowali.
Henry pomyślał o tym, co zyskał Zachary Bidermann, żeniąc się z Rose: bogactwo. Potem uznał, że ze swej strony Zachary Bidermann spełniał ambicje polityczne i towarzyskie Rose: została małżonką wysokiego dygnitarza, europejskiego komisarza do spraw konkurencji, który znał i podejmował głowy państwa.
Jakby czytając w myślach Henry’ego, Zachary Bidermann mówił dalej:
– Okazuje się, że związek małżeński jest przedsięwzięciem tak brzemiennym w skutki, że należałoby pozbawić zainteresowanych odpowiedzialności za niego i obarczyć nią osoby poważne, obiektywne, kompetentne, prawdziwych profesjonalistów. Skoro kierownik obsady zapewnia właściwy przydział ról w filmie, czemu nie miałaby istnieć taka funkcja dla par? – Westchnął, podnosząc swoje słynne niebieskie oczy w stronę lakierowanego sufitu. – W naszych czasach wszystko gmatwamy. Gusty pokojówek utopiły nas w wodzie różanej. – Zerkając czujnym okiem na zegarek, zakończył rozmowę, mając świadomość, że ta przerwa na sprawy prywatne trwała wystarczająco długo: – Krótko mówiąc, mój drogi Henry, cieszę się, że się pan rozwodzi. Opuszcza pan ciemności, żeby wyjść na światło. Witamy w klubie przewidujących.
Henry pokiwał głową. Daleki był do uznania tych słów za obraźliwe. Przyjmował je z wdzięcznością, ufając szczerości Zachary’ego Bidermanna. Ten zaś, choć wydawało się, że posługuje się sarkazmem i paradoksem, nie był wcale cynikiem, lecz przenikliwym smakoszem. Kiedy jakieś oszustwo lub złudzenie waliło się w gruzy, czerpał z tego prawdziwą przyjemność, jak bojownik o prawdę.
Zachary Bidermann zerknął na zegarek i wrócił na swoje miejsce, przytłoczony poczuciem winy: wykorzystał sześć minut przerwy na roztrząsanie spraw prywatnych! Chociaż cenił sobie te chwile relaksu, począwszy od piątej minuty, niecierpliwił się, zaniepokojony, że trwoni czas.
Do dziewiątej sześć rano, pracując w swojej luksusowej rezydencji przy placu d’Arezzo, zdążył już wykonać połowę dniówki.
Wstał o piątej, przeanalizował szczegółowo kilka dokumentów, napisał dziesięć stron sprawozdania i wraz z Henrym wyznaczył sobie priorytetowe zadania. Ten olbrzym obdarzony żelaznym zdrowiem i potrzebujący niewiele snu emanował energią, która budziła powszechny podziw i pozwoliła mu dojść, jemu, ekonomiście z wykształcenia, do najwyższych stanowisk we władzach europejskich.
Zrozumiawszy, że spotkanie dobiegło końca, Henry wstał i ukłonił się Zachary’emu Bidermannowi, który, nanosząc uwagi w jakimś raporcie, nie zdawał już sobie sprawy z jego obecności.
Ledwie Henry przeszedł przez drzwi, pani Singer, sekretarka, skorzystała z okazji, żeby wślizgnąć się do pokoju. Chuda, sztywna niczym wojskowy kobieta wciśnięta w granatowy kostium z dziadziny ze spodniami zajęła właśnie miejsce za biurkiem, po prawej stronie swojego szefa, i czekała bez szemrania, aż zauważy jej obecność.
– Tak, Singer?
Podsunęła mu teczkę z korespondencją do podpisu.
– Dziękuję, Singer.
Nazywał ją Singer, jak żołnierz zwracający się do towarzysza broni, bo dla niego Singer nie była kobietą. Ponieważ nie miała ponętnych kształtów, nie groziło mu, że odwróci jego uwagę od obowiązków, pochylając się i eksponując powabny biust, pokazując nogi, na które by zerkał ukradkiem, czy kręcąc pośladkami, które miałby ochotę ugniatać. Jej krótko ścięte włosy, ich wyblakła szarość, jej zapadnięta twarz, gorycz jej warg, jej bezbarwna skóra, brak zapachu, wszystko to zmieniało Singer w funkcjonalną istotę, która od dwudziestu lat podążała za nim od stanowiska do stanowiska. Zachary Bidermann, gdy sobie o niej przypominał, wykrzykiwał: „Singer jest doskonała!”. Rose również to powtarzała, co dowodziło, że miał rację.
Skoro tylko skończył maraton podpisów, zainteresował się spotkaniami.
– Przyjmie pan dzisiaj przed południem pięć osób – oświadczyła pani Singer. – Pana Morettiego z Europejskiego Banku Centralnego, pana Karopoulosa, dyrektora gabinetu ministra finansów Grecji, pana Lazarevicha z Lazarevich Finances, Harry’ego Palmera z „Financial Times” i panią Klügger z Fundacji Nadzieja.
– Bardzo dobrze. Poświęcimy każdemu z nich pół godziny. Ostatnie spotkanie, mniejszej rangi, zakończę szybciej. Ale, Singer, absolutnie nie wolno mi przeszkadzać podczas rozmowy. Zaczekacie, aż was wezwę.
– Naturalnie, proszę pana.
Powtarzał tę instrukcję codziennie, a ludzie, przede wszystkim pani Singer, uznawali ją za wyraz szacunku, jaki ów wielki człowiek okazywał swoim gościom.
Tak więc przez dwie godziny wytężał swoje zdolności umysłowe w obecności składających mu wizytę osób. Słuchał niczym zastygły w bezruchu krokodyl, który czyha na swoją ofiarę. Potem otrząsał się i zadawał kilka pytań, zanim wygłosił błyskotliwą refleksję, rzeczową i popartą argumentami. Żaden rozmówca mu nie przerywał, po pierwsze dlatego, że Zachary Bidermann perorował szybko, choć cichym głosem, a po drugie każdy zdawał sobie sprawę ze swej niższości intelektualnej.
Spotkania kończyły się w identyczny sposób: Zachary Bidermann brał czystą kartkę i gryzmolił na niej nazwiska i numery telefonów, które bez wahania notował z pamięci: rzec by można, że zachowywał się jak lekarz wypisujący receptę po stwierdzeniu objawów i postawieniu diagnozy.
Za pięć jedenasta, po wyjściu czwartego gościa, poczuł nagłe, niekontrolowane zdenerwowanie. Czyżby z głodu? Nie potrafiąc się skoncentrować, minął popiersie ustawione w przedpokoju, gdzie za swym biurkiem królowała pani Singer, i oznajmił jej, że idzie spotkać się z żoną.
Winda ukryta za parawanem z chińskiej laki zawiozła go na wyższe piętro.
– Ach, mój kochany, cóż za piękna niespodzianka! – wykrzyknęła Rose.
Niespodzianki, prawdę mówiąc, nie było w tym żadnej, gdyż Zachary Bidermann zjawiał się każdego dnia dokładnie o jedenastej rano w prywatnych apartamentach Rose, żeby zjeść z nią przekąskę. Mimo to oboje zachowywali się wobec siebie tak, jakby chodziło o nagły kaprys.
– Wybacz, że przeszkadzam ci o byle jakiej porze.
O ile nikt, nawet Rose, nie wchodził do gabinetu Zachary’ego Bidermanna, nie zadzwoniwszy do niego zawczasu, o tyle on pojawiał bez zapowiedzi wszędzie i gdy tylko zapragnął. Rose dostosowała się do tego, uznając, że dyspozycyjność należy do jej roli kochającej żony, a była na to przygotowana, bo mimo wszystko ta „byle jaka pora” zawsze wypadała o jedenastej. Poczęstowała go herbatą i rozłożyła przed nim talerze zapełnione drożdżówkami i różnymi słodyczami. Rozmawiali, kosztując tych przysmaków – on chwytał je pełnymi garściami i pochłaniał niczym ogr, podczas gdy ona, jako że dbała o linię, potrzebowała kilku minut na schrupanie ściskanego w palcach daktyla.
Poruszyli aktualny temat, napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie. Rose, mająca wykształcenie z dziedziny nauk politycznych, pasjonowała się stosunkami międzynarodowymi. Oddali się zatem wnikliwym analizom, dowodząc trafności swoich informacji, a każde z nich starało się zadziwić partnera nieznanym szczegółem, niesłychanym spostrzeżeniem. Uwielbiali te pogawędki, bo stanowiły współzawodnictwo bez rywalizacji.
Podczas tej wymiany zdań nigdy nie poruszali spraw osobistych. Trzymali się tematów ogólnych: nie rozmawiali o dzieciach, które Rose miała z poprzednimi mężami, ani nie wspominali o dzieciach Zachary’ego z wcześniejszymi żonami, woląc gawędzić jak dwoje studentów nauk politycznych, pozbawionych balastu rodzinnych udręk i domowych upokorzeń. Zdrowie tej młodej pary sześćdziesięciolatków zależało od amnezji obejmującej poprzednie małżeństwa oraz ich skutki.
Podczas roztrząsania zagadnień dotyczących Strefy Gazy Zachary zrobił uwagę na temat smaku makaronika:
– Och, ale pyszny!
– Który? Czarny? Jest z lukrecją.
Pochłonął następnego.
– Skąd są?
– Z Paryża, od Ladurée.
– A te wafelki?
– Z Lille, od Mercka.
– A te czekoladki?
– Z Zurychu, mój drogi, chyba żartujesz! Od Sprüngliego.
– Twój stół przypomina konfiskatę celną.
Rose parsknęła śmiechem. Trudno o coś bardziej różnorodnego niż jej świat. Niezależnie od tego, czy chodziło o potrawy, wina, meble, ubrania, czy kwiaty, kupowała to, co najlepsze, nie przejmując się ceną. Jej notes zawierał wyłącznie rekomendacje doskonałości: najlepszy tapicer, najlepszy ramiarz, najlepszy posadzkarz, najlepszy doradca finansowy, najlepszy masażysta, najlepszy dentysta, najlepszy kardiolog, najlepszy urolog, najlepszy agent turystyczny czy najlepsza wróżka. Wiedząc, że pobyt na szczycie jest krótkotrwały i ryzykowny, często weryfikowała swoją listę i to zajęcie bardzo ją absorbowało. Rose myślała racjonalnie i umiała pokazywać, że jest powierzchowna, albo raczej na serio oddawała się błahostkom. Ta jedyna córka dobrze prosperującego przemysłowca dokładała takich samych starań, prowadząc dom, jak analizując krzywą bezrobocia czy konflikt izraelsko-palestyński.
– Twój stół nadal jest najbardziej apetyczny ze wszystkich, jakie znam – oświadczył Zachary, głaszcząc ją po policzku.
Zrozumiała sens tego gestu i, nie wahając się nawet przez sekundę, usiadła mu na kolanach.
Przyciągnął ją do siebie. Miał wilgotne oczy i pocierał jej nos swoim. Poczuła, że ma ochotę uprawiać z nią seks. Zaczęła się wiercić, poruszając zadkiem na udach męża, żeby jeszcze bardziej go rozpalić.
– Wielki brzydal! – szepnęła.
Przywarł wargami do jej ust. Całowali się długo i pożądliwie, splatając języki, a ich pocałunek wzbogacał aromat lukrecji z masłem.
Gdy się od niej oderwał, mruknął:
– Mam spotkanie.
– Szkoda…
– Och, nic nie tracisz, czekając.
– Wiem – szepnęła z zamkniętymi powiekami. – Spróbuj się uspokoić w windzie, Zachary, bo w przeciwnym razie ryzykujesz, że twoje spotkanie będzie krępujące.
Zaśmiali się porozumiewawczo. Potem Zachary Bidermann wyszedł.
Rose przeciągnęła się lubieżnie. Przy nim przeżywała drugą młodość, czy raczej po prostu swoją młodość, bo w czasach tej prawdziwej była skromną dziewczyną, zbyt powściągliwą. Dzisiaj, w wieku sześćdziesięciu lat, miała wreszcie ciało, ciało, które Zachary wielbił, ciało, którego tak pożądał, że czcił je każdego dnia, czasami częściej.
Wiedziała, że o dziewiętnastej wróci z Komisji Europejskiej i rzuci się na nią. Może nawet brutalnie – miała na ciele kilka sińców czy zadrapań, które uważała za trofea świadczące o jej atrakcyjności seksualnej. A może w nocy zaczną od nowa? Która z jej przyjaciółek mogłaby się pochwalić tym samym? Którą partner posiadał tak często, tak zapalczywie? Jej dwaj poprzedni mężowie aż tak jej nie pożądali. Żaden z nich. Nie, nigdy nie była do tego stopnia pobudzona, a to przydawało jej zmysłowego blasku typowego dla kobiety szczęśliwej.
Po powrocie do swojego gabinetu Zachary Bidermann był już mniej zdenerwowany – bo miał pełny żołądek – ale jego serce jeszcze galopowało, dręczył go jakiś nieokreślony lęk. Podniósł słuchawkę interkomu.
– Następna osoba, Singer?
– Pani Klügger z Fundacji Nadzieja.
– Proszę ją uprzedzić, że poświęcę jej tylko dziesięć minut. O jedenastej dwadzieścia pięć kierowca musi mnie zawieźć do Komisji Europejskiej.
– Dobrze, proszę pana. Poinformuję ją.
Zachary Bidermann podszedł do okna i zauważył, że na placu d’Arezzo pod najbliższym drzewem papużki gonią się, potrząsając skrzydłami. Dwa samczyki rywalizowały o samiczkę, która wzbraniała się przed wyborem i zdawała się, sądząc po jej udawanym przestrachu, czekać, aż zdecydują za nią.
– Mała zdzira – wymamrotał na tyle cicho, że tylko on sam mógł to usłyszeć.
– Pani Klügger! – zaanonsował gościa uroczysty głos Singer za jego plecami.
Zachary Bidermann zobaczył wysoką kobietę w czarnym, dopasowanym kostiumie – wyglądała na wdowę – stojącą przy drzwiach, które zamknęła za sobą Singer.
Zmierzył ją wzrokiem, uśmiechnął się nieznacznie samymi oczami i rzucił poważnym tonem:
– Proszę podejść.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram