“Paryska żona”, bestsellerowa powieść Pauli McLain, to literacki hołd złożony Hadley Richardson, kobiecie o wyjątkowej osobowości i niezwykłym charakterze.


Kiedy się spotkali, pachniał burbonem, mydłem, tytoniem i wilgotną bawełną. Ich fascynacja była natychmiastowa i obustronna. Kilka miesięcy później byli już małżeństwem.

Ernest Hemingway i Hadley Richardson.
Los rzucił ich do magicznego Paryża lat dwudziestych: stolicy światowej bohemy, pełnej gwarnych, zadymionych barów, gdzie zabawa trwała do białego rana. To tam, w atmosferze bogactwa i intensywności życia legendarnego „straconego pokolenia”, rozkwitała ich miłość.
Do chwili, gdy pojawiła się druga kobieta.

Ale to właśnie o Richardson pod koniec życia i po kolejnych małżeństwach Hemingway powiedział, że „wolałby umrzeć, niż zakochać się w kimś innym niż Hadley”.
To jest jej historia.

“Paryska żona”, bestsellerowa powieść znakomitej pisarki Pauli McLain, to literacki hołd złożony Hadley Richardson, kobiecie o wyjątkowej osobowości i niezwykłym charakterze. Jej niezwykły głos prowadzi nas przez kręte uliczki Montparnasse’u i koleje dramatycznego związku z miłością jej życia, Ernestem Hemingwayem.

Paula McLain – amerykańska pisarka i poetka. “Paryska żona” niemal natychmiast stała się literackim wydarzeniem i przez wiele tygodni utrzymywała się na listach bestsellerów. Książka została wydana w kilkunastu krajach. Krytycy doceniają niezwykły talent autorki do budowania wielowymiarowych portretów niezwykłych kobiet, który McLain potwierdziła w swojej najnowszej powieści, “Okrążyć słońce”.

Paula McLain
Paryska żona
Przekład: Anna Rojkowska
Wydawnictwo Znak
Premiera: 20 lipca 2016


Do najlepszych wspomnień z Paryża należał powrót. W 1923 roku wyjechaliśmy na rok do Toronto, bo miał się urodzić nasz syn, Bumby, a kiedy wróciliśmy, wszystko było takie samo, ale w jakiś sposób zwielokrotnione.
Miasto było wspaniałe, choć brudne, pełne szczurów i kwitnących kasztanowców, i poezji. Po pojawieniu się dziecka nasze potrzeby się podwoiły, a dochody – skurczyły. Pound pomógł nam znaleźć mieszkanie na pierwszym piętrze ozdobionego stiukami budynku przy wąskiej, krętej uliczce niedaleko Ogrodu Luksemburskiego. Nie było ciepłej wody, wanny ani elektryczności – ale mieszkaliśmy już w gorszych warunkach. Przez podwórze sąsiadowaliśmy z tartakiem, który hałasował od siódmej rano do piątej po południu, w powietrzu zawsze unosił się zapach ciętego drewna, przez szpary w oknach i drzwiach wciskał się pył drzewny. Mieliśmy go pełno w ubraniu i w gardle i cały czas kaszleliśmy. Z pokoju na górze dobiegał nieustanny stukot maszyny do pisania Ernesta. Pracował nad opowiadaniami i nad nową powieścią na temat fiesty w Pampelunie, którą zaczął pisać latem. Nie czytałam wtedy tego, co napisał, ale ufałam temu, co czuł na ten temat, i ufałam rytmowi każdego dnia. Co dzień wstawał wcześnie, ubierał się, szedł na górę do swojej pracowni i zaczynał pisać. Jeśli mu nie szło, zabierał notesy i kilka zatemperowanych ołówków i udawał się do „Closerie des Lilas” na café creme, którą pił zawsze przy tym samym, ulubionym marmurowym stoliku. Tymczasem ja i Bumby jedliśmy sami śniadanie w domu, po czym ubierałam się i wychodziłam z dzieckiem na spacer albo spotkanie z przyjaciółkami. Późnym popołudniem wracałam do domu, a jeśli dzień dobrze minął, Ernest siedział już przy stole, zadowolony, z kieliszkiem zimnego sauternes albo z brandy z wodą sodową, gotów do rozmowy na każdy temat. Czasami zostawialiśmy Bumby’ego z naszą gospodynią, madame Chautard, i wychodziliśmy razem na ostrygi i konwersację w „Select”, „Dôme” albo „Deux Magots”.
W tamtym czasie wszędzie spotykało się ciekawych ludzi. W kawiarniach na Montparnassie było ich pełno: francuscy malarze, rosyjscy tancerze, amerykańscy pisarze. Codziennie można było zobaczyć Picassa, kiedy szedł z Saint-Germain do swojego mieszkania przy rue des Grands Augustins, zawsze tą samą drogą i zawsze dyskretnie wszystkiemu się przyglądając. Niemal każdy na ulicach Paryża mógł się poczuć jak malarz, ponieważ to poczucie budziły światło i cienie budynków, i mosty, które były tak piękne, że niemal pękało serce, i kobiety z sylwetką pięknie rzeźbioną czarną suknią futerałem od Chanel, które paliły papierosy i śmiały się, odrzucając w tył głowy. Można było wejść do którejkolwiek kawiarni i poczuć cudowny chaos tego wszystkiego, zamówić pernod albo rum St. James i cudownie zatracić się w szczęściu bycia razem.

_______________

Kiedy następnego dnia rano weszłam do kuchni, Ernest już tam był. Opierając się o lodówkę, czytał gazetę i pożerał pół bochenka chleba.
– Spędziłeś tutaj noc? – spytałam, niezdolna ukryć zdziwienia na jego widok.
– Mieszkam tu. Chwilowo, dopóki sprawy się nie ułożą.
– A co masz zamiar robić?
– Zmienić bieg historii literatury, jak sądzę.
– Ho, ho – skomentowałam pod wrażeniem jego wiary w siebie. To coś, czego nie da się udawać. – A nad czym teraz pracujesz?
Skrzywił się.
– Teraz piszę teksty reklamowe dla fabryki opon Firestone Tires, ale mam w planach opowiadania lub powieść. Albo zbiór wierszy.
– Myślałam, że poeci są cisi, nieśmiali i uciekają przed słońcem – powiedziałam, siadając.
– Nie ten. – Dostawił do stołu krzesło odwrócone oparciem do przodu i usiadł na nim okrakiem. – Kto jest twoim ulubionym pisarzem?
– Chyba Henry James, cały czas czytam go na nowo.
– Jesteś uroczo staroświecka.
– Naprawdę? A kogo ty preferujesz?
– Ernesta Hemingwaya. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – W Chicago jest mnóstwo znanych pisarzy. Kenley zna Sherwooda Andersona. Słyszałaś o nim?
– Pewnie. Napisał Miasteczko Winesburg.
– O niego właśnie chodzi.
– Z takim tupetem pewnie uda ci się wszystko, do czego się zabierzesz.
Spojrzał na mnie poważnie, jakby próbując ocenić, czy się z nim drażnię, czy próbuję go ugłaskać. Bynajmniej nie próbowałam ani jednego, ani drugiego.
– Jaką lubisz kawę, Hasovitch? – spytał w końcu.
– Gorącą – odparłam, a on odpowiedział uśmiechem, który zaczynał się w oczach i rozchodził po całym ciele. Niesamowity.
Kiedy Kate, wyświeżona i elegancka w czerwonym wełnianym płaszczu i kapeluszu, pojawiła się, żeby zabrać mnie na lunch, Ernest i ja byliśmy jeszcze w kuchni, pogrążeni w rozmowie. Nie zdążyłam się ubrać i cały czas siedziałam w szlafroku.
– Przepraszam, za sekundkę będę gotowa – sumitowałam się.
– Nie spiesz się, zasługujesz na to, żeby trochę poleniuchować – odparła, ale wydawało mi się, że jest niezadowolona.
Poszłam się ubrać, a kiedy wróciłam, w pokoju była tylko Kate.
– Gdzie się podział Nesto?
– Nie mam zielonego. – Widząc moje rozczarowanie, spytała: – Powinnam go była zaprosić?
– Nie bądź niemądra. To nasz dzień.
Popołudnie spędziłyśmy cudownie. Ze wszystkich dziewczyn w klasie w Instytucie Marii Kate była najbardziej odważna, z każdym potrafiła rozmawiać i ze wszystkiego robić zabawę. Nie zmieniła się wcale. Idąc obok niej Michigan Avenue, poczułam się śmielsza i dużo młodsza. Poszłyśmy na lunch do restauracji naprzeciw Instytutu Sztuki, gdzie nad ruchem ulicznym i nieustannie zmieniającym się morzem kapeluszy oraz płaszczy panowały dwa królewskie lwy. Był chłodny dzień, więc po lunchu, przytulone do siebie, wracałyśmy State Street, wstępując do wszystkich sklepów, które wpadły nam w oko. Kate próbowała skłonić mnie do opowiadania o domu, ale bałam się stracić dobry humor. Zagadnęłam ją więc o wakacje w Michigan, o wyprawy na ryby i nad jezioro. We wszystkich wspomnieniach występowały łódki, ukulele, księżyc w pełni, ogniska i grog. Nie potrafiłam opanować zazdrości.
– Jak ty to robisz, że masz tych wszystkich mężczyzn?
– Nie mam ich, tylko pożyczam. – Uśmiechnęła się. – Pewnie dlatego, że mam braci. Zresztą czasami faceci bywają nieznośni. Przez połowę lata próbowałam jednego zachęcić, a drugiego zniechęcić, ale wszystko się pokiełbasiło i w końcu nikt już się nawet nie całował. Widzisz? Nie masz czego żałować.
– Czy Carl Edgar nadal stale ci się oświadcza?
– Niestety. Biedny Edgar. Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym zgodziła się za niego wyjść. W ramach eksperymentu.
– Pewnie by zemdlał.
– Albo uciekł przerażony. Niektórzy faceci wolą, żeby dziewczyny mówiły „nie”.
– A co z Ernestem?
– Jak to, co z nim? – Nagle w jej oczach pojawiła się ostrożność.
– Czy lubi, żeby kobiety przed nim uciekały?
– Skąd mam wiedzieć?
– Ile on właściwie ma lat? Dwadzieścia pięć?
Uśmiechnęła się.
– Dwadzieścia jeden. Chłopczyk. Wiem, że jesteś na to za rozsądna.
– O co ci chodzi?
– Wydaje mi się, że wyczułam zainteresowanie. – Spojrzała na mnie uważnie.
– Jestem znudzona – odparłam. Ale zawsze była ze mnie kiepska kłamczucha.
– A nie wolałabyś nowego kapelusza? – spytała, wskazując potężną konstrukcję z piór, której za nic w świecie bym nie włożyła.
Zanim późnym popołudniem wróciłyśmy do domu, w mieszkaniu znowu było pełno ludzi. Kenley i jego brat Bill, najmłodszy z klanu Smithów, próbowali zmontować czwórkę do gry w karty. Gość imieniem Brummy grał melodię jazzową na fortepianie, a Ernest i jeszcze jeden, Don Wright, rozgrywali pojedynek bokserski na dywanie. Rozebrani do pasa, potrząsali uniesionymi w górę pięściami, a pozostali zachęcali ich do walki. Wszyscy byli rozbawieni i wydawało się to niezłą frajdą, dopóki Ernest nie przyłożył przeciwnikowi prawym sierpowym. Don częściowo zdołał się uchylić i boksowali dalej w przyjaznej atmosferze, ale widziałam twarz Ernesta, kiedy zadawał cios – miał minę zabójcy. Chciał wygrać, było to dla niego ważne.
Kate wydawała się nie zwracać uwagi ani na walkę, ani w ogóle na nic, co się wokół dzieje. Najwyraźniej wieczorami zawsze panowała tu atmosfera szaleństwa. Od niemal roku obowiązywała prohibicja i ten „szlachetny eksperyment” spowodował, że jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nielegalne bary. W samym Chicago były ich ponoć tysiące, ale po co bary, skoro Kenley, podobnie jak wielu przedsiębiorczych młodzieńców, zgromadził dosyć gorzały, żeby spić stado słoni?
W kuchni było mnóstwo otwartych butelek wina, więc napiłyśmy się z Kate trochę, a potem jeszcze trochę. O zachodzie słońca, które zabarwiło pokój czerwoną poświatą, siedziałam na kanapie, wciśnięta między Ernesta i Horneya, którzy rozmawiali nad moją głową w jakimś osobliwym narzeczu. Nie mogłam opanować chichotu – a kiedy to ja ostatni raz chichotałam? Teraz było to zdumiewająco łatwe.
Kiedy Horney podniósł się, żeby poprosić Kate do tańca, Ernest odwrócił się do mnie i rzekł:
– Cały dzień zastanawiałem się, jak cię o coś zapytać.
– Naprawdę? – Zaskoczyło mnie to, a jednocześnie pochlebiło.
Skinął głową.
– Nie chciałabyś przeczytać mojego tekstu? To jeszcze nie jest opowiadanie, bardziej szkic.
Nerwowo pogładził brodę, a ja niemal roześmiałam się z ulgą.
Ernest Hemingway denerwował się, a ja – nagle – poczułam się pewnie.
– Jasne – odparłam. – Ale nie jestem krytykiem. Nie jestem pewna, czy ci pomogę.
– W porządku. Chciałem jedynie, żebyś przeczytała.
– Jeśli tak, to się zgadzam.
– Zaraz wracam – powiedział i zerwał się z kanapy. Dopiero na środku pokoju obejrzał się i dodał: – Tylko nigdzie nie idź.
– A gdzie miałabym pójść?
– Sama byś się zdziwiła – powiedział tajemniczo i poszedł po maszynopis.
Miał rację, właściwie nie było to opowiadanie, tylko zabawny niedokończony szkic zatytułowany Wilki i pączki. Akcja rozgrywała się we włoskiej restauracji na Wabash Avenue. Styl był ostry jak brzytwa i dowcipny. Poszliśmy do kuchni, gdzie było trochę ciszej i jaśniej, a kiedy czytałam, Ernest nerwowo krążył wokół, jakby czekał na odpowiedź na pytanie, którego nie ośmielał się zadać: Czy to dobre?
Kiedy dotarłam do ostatniej strony, usiadł w krześle naprzeciw i spojrzał wyczekująco.
– Masz wielki talent – powiedziałam. – Chyba za dużo czytałam Henry’ego Jamesa. Ty jesteś zupełnie inny.
– Jasne.
– Nie jestem pewna, czy dobrze cię rozumiem, ale widzę, że jesteś prawdziwym pisarzem. Cokolwiek czyni pisarza, ty to masz.
– Boże, dobrze to słyszeć. Czasami myślę, że jedyne, czego naprawdę potrzebuję, to usłyszeć od kogoś, że nie jestem głupcem walącym głową w mur. Że czasem trafiam w sedno.
– Trafiasz. Nawet ja to widzę.
Popatrzył na mnie uważnie, niemal przewiercając mi głowę spojrzeniem.
– Lubię cię. Jesteś szczera.
– Ja ciebie też lubię – zrewanżowałam się i nagle zdumiałam, jak swobodnie się z nim czuję, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Albo przynajmniej setki razy siedzieli razem nad jego tekstami – on, przejęty, podając mi kartki – nie mógł udawać, że nie zależy mu na tym, co robi – a ja, czytając i dziwiąc się, czego potrafi dokonać samym słowem.
– Pozwolisz się zaprosić na obiad? – spytał.
– Teraz?
– A coś nas powstrzymuje?
Kate, pomyślałam, Kate i Kenley, i całe to pijane towarzystwo w salonie.
– Nikt nawet nie zauważy, że wyszliśmy – dodał, jakby odgadując moje wahanie.
– W porządku – powiedziałam, ale po płaszcz i tak wolałam się wymknąć po cichu, jak złodziej. Bardzo chciałam z nim wyjść, pragnęłam tego całym sercem.
Nie miał racji, mówiąc, że nikt nas nie zauważy. Kiedy znikaliśmy za drzwiami, czułam na plecach wzrok Kate i słyszałam jej słowa: Hadley, zachowaj rozsądek!
Dosyć miałam już rozsądnego postępowania. Nie odwróciłam głowy.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram