Przeszłość i teraźniejszość, rzeczywistość i marzenia, prawda i to, co się prawdą wydaje, splatają się w jedną historię. Ścieżki trójki bohaterów krzyżują się w krainie snów, gdzie zacierają się granice, a wspomnienia dają drugą szansę na życie.


Między życiem i śmiercią istnieje świat, którego stąd nie widać.

Życie człowieka to suma wyborów.
Dokonuje ich w każdej sekundzie.
Ale czy wie, jakie naprawdę będą ich skutki?
Czy może sprawić, by zły wybór doprowadził do szczęśliwego zakończenia?

Henri. Reporter wojenny. Żył w ciągłym zagrożeniu, jednak najbardziej przerażał go stały związek i założenie rodziny. Ratuje tonącą dziewczynkę, ale sam zapada w śpiączkę.

Eddie. Redaktorka w wydawnictwie. Kiedyś związana z Henrim. Jej ustabilizowane życie burzy informacja, że uczynił ją odpowiedzialną za podejmowanie wszystkich decyzji dotyczących jego leczenia.

Sam. Wyjątkowo inteligentny i wrażliwy trzynastolatek. Łatwo rozpoznaje uczucia innych, a emocje opisuje za pomocą kolorów. Marzy o tym, aby w końcu poznać ojca, którego losy śledził przez całe życie.

Nina George przeszła drogę od kelnerki do autorki bestsellerów. Dziś jest niezależną dziennikarką i pisarką. Opublikowała kilkaset artykułów i ponad dwadzieścia książek, w tym „Lawendowy pokój” – zachwycającą historię o miłości. Za powieść „Księżyc nad Bretanią” otrzymała w 2011 roku Nagrodę Literacką DeLiA. Ostatnio z zaangażowaniem wypowiada się w obronie praw autorskich. Udziela się także jako krytyczka kulinarna.

Nina George
Księga snów
Przekład: Mateusz Borowski
Wydawnictwo Otwarte
Premiera: 1 lutego 2017


Dzień 1

Henri

Skaczę.
Spadam zaledwie kilka sekund, słyszę jeszcze w górze silniki samochodów na moście Hammersmith, godzina szczytu, w powietrzu zapachy miasta, wypłowiała wiosna, rosa na liściach. Uderzam głową o taflę zimnej wody. Płynę coraz szybciej z prądem odpływu. Oddalone o pięćdziesiąt kilometrów morze wysysa rzekę. Moje ciało jeszcze pamięta ogromną siłę fal, jakbym całe życie spędził nad oceanem, choć tak naprawdę ostatni raz pływałem w Atlantyku dwadzieścia pięć lat temu.
Zbliżam się do dziewczynki.
Rzeka ją unosi, próbuje ją zagarnąć, chce rozczłonkować jej ciało, zabrać nadzieję i zostawić tylko strach, wyrwać śmiech z jej ust i unieważnić przyszłość. Dziecko tonie w mulistej wodzie. Nurkuję, wyciągam ją za włosy na powierzchnię. Udaje mi się złapać szczupłe, śliskie ramię. Ściskam je mocniej, ze zmęczenia ciężko dyszę, łykam słonawą, lodowatą wodę.
Tamiza mnie obejmuje.
Ukazuje mi się twarz. Patrzą na mnie oczy jasne jak morze zimą. Jedną dłonią uciska nos, tak jakby przed chwilą wskoczyła do basenu z letnią chlorowaną wodą. Wypadła do Tamizy ze statku wycieczkowego, który kursuje między Greenwich a London Eye, ogromnym diabelskim młynem stojącym niedaleko Big Bena. Dziewczynka stała na poręczy, wspięła się na drugi szczebel i wystawiła twarz do majowego słońca. Fala gwałtownie zakołysała statkiem. Mała nawet nie krzyknęła. Jej twarz wyrażała jedynie bezgraniczne zdumienie.
Widzieliśmy, jak wpada do wody. Ja, para całująca się na moście Hammersmith i żebrak w sfatygowanym smokingu, który wstał ze swojego „stanowiska pracy”, czyli kartonowego pudła w plamie słońca pod zieloną balustradą wiszącego mostu.
– O Boże – wyszeptał.
Para spojrzała na mnie. Cała trójka zamarła, spoglądając w moim kierunku. Przeszedłem przez zieloną balustradę z kutego żelaza i przez chwilę czekałem, aż w dole wyłoni się z wody dziewczynka. Z tej wysokości wyglądała jak małe zawiniątko. Skoczyłem.
Dziecko patrzy teraz na mnie z ufnością i nadzieją, na którą nie zasłużył ktoś taki jak ja. Dlaczego trafiło akurat na mnie? Z trudem utrzymuję śliskie, szczupłe ciało. Dziecko kopie mnie w głowę, w usta. Piję wodę, oddycham wodą. Ale mimo to robię się lekki, unoszę się na powierzchni, a świat znowu rozbrzmiewa tysiącem odgłosów, majowy wiatr delikatnie muska moją mokrą twarz, spienione fale zalewają mi oczy. Odwracam się na plecy i unosząc się na niespokojnych wodach Tamizy, kładę sobie dziewczynkę na klatce piersiowej, żeby mogła oddychać i widziała niebieskie niebo.
Porywa nas prąd rzeki, mijamy ceglane fasady i drewniane łodzie przy mulistym nadbrzeżu. Dziewczynka z trudem łapie powietrze, krztusi się. Ma cztery lata, może pięć, nie umiem postępować z dziećmi, nawet z moim synem. Samuelem. Samem.
Ma trzynaście lat i czeka na mnie.
Czeka na mnie od zawsze. A mnie nie ma.
Zaczynam nucić La Mer, wielką, podniosłą pieśń wychwalającą piękno morza, przypominają mi się urywki francuskiego tekstu, choć nie posługuję się swoim ojczystym językiem od osiemnastego roku życia. Teraz do mnie wraca. Śpiewając, wyczuwam, jak serce dziewczynki bije coraz spokojniej, jak miarowo pracują jej małe płuca, przez warstwę wody i strachu czuję jej zaufanie. Trzymam ją jedną ręką, a drugą zagarniam wodę, zbliżając się do niewielkiej przystani. Moje ubranie zrobiło się ciężkie. Poruszam nogami jak żaba i wiosłuję jednym ramieniem.
– Wszystko będzie dobrze – szepczę.
W głowie słyszę oczywiście cichy głos Eddie:
– Henri, nie potrafisz kłamać. To jedna z twoich najmocniejszych stron.
Eddie to najwspanialsza osoba, z którą się rozminąłem. Uderzam ramieniem o boję unoszącą się przy przystani. Tuż obok widzę drabinkę. Chwytam dziewczynkę w talii i unoszę ją. Popycham w górę jej stópki, jeszcze wyżej, dziecko wreszcie chwyta szczebel i mogę je puścić.
Potem idę za nią, wychodzę z rzeki i biorę na ręce wyczerpane dziecko, które z całych sił powstrzymuje się od łez, i idę z nim wzdłuż domków z fasadami z żółtej, czerwonej i szarej cegły w stronę mostu Hammersmith. Dziewczynka obejmuje mnie za szyję i wtula twarz w moje ramię. Jest bardzo lekka, ale kiedy biegnę, coraz trudniej mi ją utrzymać. Myślę tylko o tym, że powinienem czym prędzej wracać do Sama. Muszę do niego jechać. Muszę. Syn czeka na mnie w szkole. Para wciąż stoi na moście i się obejmuje. Kobieta przygląda mi się ogromnymi oczami, lśniącymi tak, jakby trochę już dziś wypiła. Z grubymi kreskami wokół oczu i wysoko upiętymi, natapirowanymi włosami przypomina nieco Amy Winehouse. Mężczyzna powtarza tylko:
– Coś takiego, stary, coś takiego, naprawdę ją uratowałeś, coś takiego.
Podnosi do góry telefon.
– Zająłeś się filmowaniem? Nie przyszło ci do głowy, żeby zadzwonić po pomoc? – warczę na niego.
Stawiam dziewczynkę na ziemi. Nie chce mnie puścić, trzyma mnie za szyję, jej rączki ściskają moje mokre, śliskie włosy. Nagle robi mi się słabo i tracę równowagę. Nie mogę ustać w miejscu i wytaczam się na ulicę.
Dziewczynka krzyczy.
Coś wielkiego i ciepłego wciska się w moje ramię. Za szybą widzę wykrzywioną twarz. W słońcu połyskuje czarna maska samochodu, który z impetem uderzył w dolną część mojego ciała. A potem widzę tylko swój własny cień, kiedy moje ciało osuwa się na asfalt. Rozlega się trzask przypominający odgłos rozbijania skorupki jajka o brzeg porcelanowej filiżanki. Ból głowy narasta, zamienia się w dotkliwe, ostre rwanie, jakbym za szybko zjadł ogromną porcję lodów. I nagle cisza. Zaczynam się zapadać, wtapiać w podłoże. Tonę coraz głębiej i szybciej, jakby pod asfaltem znajdowało się czarne jezioro. Z mrocznej głębiny coś mnie obserwuje, jakby już na mnie czekało. Nade mną niebo. Oddala się ode mnie, jest coraz wyżej i wyżej.
Widzę nad sobą twarz dziewczynki i jej dziwnie znajome oczy w kolorze zimowego morza, które patrzą na mnie tak smutno, kiedy tonę w asfalcie. W jej dziecięcych oczach morze łączy się z jeziorem. Potem ja łączę się z jeziorem, wypełnia mnie woda.
Na brzegu zgromadził się tłum, zasłania mi widok na niebo.
W głowie słyszę ich myśli.
Kobieta z mini coopera chciała mnie wyminąć.
Światło. Światło ją oślepiło, dlatego mnie nie zauważyła.
Myślałam, że to pijak, który wytoczył się na ulicę.
Żyje?
Rozpoznaję żebraka w wyświeconym smokingu, który odpycha pozostałych i znowu przez ułamek sekundy widzę nieskończenie piękne niebo.
Zamykam oczy. Odpocznę chwilkę, a potem wstanę i pójdę, może zdążę. Zjawię się akurat wtedy, kiedy zaczną wyczytywać nazwiska, nasza kolej będzie dopiero przy V, Sam i ja, razem spędzimy Dzień Ojca i Syna. V jak Valentiner, nazwisko jego matki…

Kochany Tato,
nie znamy się, ale moim zdaniem to się powinno zmienić. Jeśli też tak uważasz, przyjdź 18 maja, w Dzień Ojca i Syna, do Colet Court. To szkoła należąca do Saint Paul’s w Barnes, tuż nad brzegiem Tamizy. Będę na Ciebie czekał przy wejściu.
Samuel Noam Valentiner

Sam, zaraz do ciebie przyjdę. Muszę tylko chwilkę odpocząć. Ktoś otwiera mi oczy. Brzeg jeziora jest daleko, bardzo daleko. Jakiś człowiek krzyczy do mnie z wysoka, jakby stał na krawędzi głębokiego leja. Ma na sobie kombinezon sanitariusza i okulary przeciwsłoneczne w złotej oprawce. Pachnie dymem papierosowym. Widzę swoje odbicie w szkłach jego okularów i swoje puste, szkliste oczy. Słyszę myśli sanitariusza stojącego tam, w górze. Nie, człowieku. Nie umieraj. Błagam. Nie umieraj. Długi, jasny ton jak kreska znacząca koniec mojego życia.
Jeszcze nie!
Jeszcze nie! Za wcześnie!
Jeszcze jest…
Jeszcze.
Długi ton zamienia się w ostatni gong.
Skaczę.

Dzień 15

Sam

14.35. Samuel Noam Valentiner.
Odwiedzany pacjent: Henri M. Skinner.
Po raz czternasty wpisuję się do rejestru. Robię to codziennie i każdego dnia pani Walker na czarnej podkładce podsuwa mi formularz, do którego drukowanymi literami wpisuję godzinę oraz nazwisko moje i odwiedzanego pacjenta. Linijkę wyżej widnieje wpis: Ed Tomlin. Ktoś odwiedził mojego ojca kilka godzin wcześniej, kiedy byłem w szkole. Kto to jest?
– Byłem tu wczoraj – przypominam pani Walker, recepcjonistce w szpitalu imienia Wellingtona.
– Och, wiem, kochanie.
Kłamie. Znowu mnie nie rozpoznała. Kiedy ludzie mówią nieprawdę, zmienia im się głos, robi się jaśniejszy niż zazwyczaj. Na plakietce nad jej lewą piersią widnieje nazwisko zapisane drukowanymi literami: SHEILA WALKER. Mówi do mnie „kochanie”, bo mnie nie poznaje. Tacy są Anglicy, boją się mówić prawdę bez ogródek, uważają to za nieeleganckie.
Nad życiem Sheili Walker od wielu lat wiszą czarne chmury. Dostrzegam to u większości ludzi. Nad niektórymi kłębi się mniej ciemnych obłoków, nad innymi więcej, a nad dziećmi prawie w ogóle, chyba że pochodzą z takich krajów jak Syria albo Afganistan. Wtedy chmury już ich nie opuszczają. Pani Walker jest smutna przez całe życie. Przegapia teraźniejszość, bo rozpamiętuje przeszłość. Dlatego jestem dla niej tylko jakimś chłopcem w szkolnym mundurku, z okropną mutacją. Przygląda mi się i widzi pewnie plażę albo swoje własne, puste ręce, których nikt już nie trzyma. Byłem tu wczoraj i przedwczoraj. I trzy dni temu. Przychodzę tu od dwóch tygodni. Uciekam z lekcji, czasem przed południem, czasem po południu, dziś z francuskiego z madame Lupion. Scott twierdzi, że najlepiej opuszczać po godzinie z każdego przedmiotu, żeby nauczyciele się nie zorientowali. Scott McMillan to specjalista w każdej dziedzinie. W wagarowaniu, w surfowaniu po internecie, w robieniu tego, czego nikt inny nie robi. A poza tym nie ma nikogo, kto dorównałby mu w szachach, rysowaniu i zbieraniu nagan. Ma trzynaście lat, iloraz inteligencji 152, potrafi sfałszować każde pismo, a jego obrzydliwie bogaty ojciec go nienawidzi. Ja mam iloraz inteligencji 148, czyli różnimy się od siebie tak jak „geniusz” od „prawie geniusza”. Scott ujmuje to trochę inaczej, kiedy mawia: „Moi – mózgowiec, i toi – szeregowy mądrala, mon ami”. Mózgowiec Scott przechodzi właśnie fazę fascynacji językiem francuskim, od kiedy przestał się interesować językiem mandaryńskim i afrykańskim dialektem o gardłowym brzmieniu.
Ja też mam trzynaście lat, jestem synestetykiem, przez wielu chłopców z naszej szkoły nazywanym synidiotą, i mam ojca, który od dwóch tygodni jest w śpiączce farmakologicznej. To rodzaj długiej narkozy, podczas której w mózgu umieszcza się dren zmniejszający ciśnienie. Podłączono go do maszyn, które za niego oddychają, schładzają jego krew, podają mu pokarm i załatwiają za niego potrzeby fizjologiczne. Dziś powinien się obudzić.
W szkole nikt poza Scottem nie wie, że mój tata zapadł w śpiączkę. I tylko mojemu przyjacielowi przyznałem się, że Steve, mąż mojej mamy, nie jest moim prawdziwym ojcem.
– Stary, od razu stałbyś się najbardziej interesującym gościem w naszej szkole, przynajmniej na jeden cudowny tydzień – powiedział mi kiedyś Scott. – Zastanów się, czy naprawdę chcesz z tego zrezygnować. To wspaniałe uczucie, kiedy cała szkoła się tobą interesuje. Dziewczyny będą za tobą szaleć.
Tylko że do naszej szkoły nie chodzą dziewczyny. Z wszystkich trzynastolatków w Colet Court tylko ja i Scott zostaliśmy przyjęci do Mensy. Scott nazywa to stowarzyszenie osób o wysokim ilorazie inteligencji „Klubem Półgłówków”. Mama twierdzi, że mogę być z siebie dumny, bo jestem jednym z dwóch nieletnich wśród dziewięciuset „juniorów Mensy” w Anglii, ale być dumnym na zawołanie to jak żuć folię aluminiową.
Gdyby wiedziała, że tu przyszedłem…
Oddałaby mnie do adopcji.
Może przestanie się do mnie odzywać. Albo wyśle mnie do szkoły z internatem. Nie wiem.
– Dziękuję, kochanie.
Sheila Walker mówi już normalnym głosem, kiedy przysuwa do siebie po blacie podkładkę z rejestrem odwiedzających i wpisuje moje nazwisko do komputera. Kiedy jej długie paznokcie uderzają o klawiaturę, rozlega się radosny, zielony stukot.
– Drugie piętro, Samuelu Noamie Valentinerze – mówi, choć przecież to akurat wiem.
Tam mieści się oddział intensywnej terapii, gdzie pacjenci leżą w absolutnej ciszy i samotności. Po to tu przybywają. Do szpitala Wellingtona. Na oddział neurologii. London Brain Centre. Odpowiednik NASA w dziedzinie neurochirurgii. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Sheila Walker podaje mi mapkę szpitala w formacie A4. Czerwonym długopisem zaznacza, gdzie jesteśmy teraz i dokąd muszę dojść oraz jak najszybciej tam dotrzeć.
– Najlepiej wsiądź do windy i wyjedź na drugie piętro, Samuelu.
Pani Walker mogłaby równie dobrze pracować w okienku informacji w metrze. „Do Kensington w prawo, perforacja jelit naprzeciwko, kostnica na lewo za automatem do napojów. Życzę miłego dnia, panie Samuelu Noamie Valentinerze”.
– Nawzajem, proszę pani – odpowiadam, ale ona już o mnie zapomniała.
Pierwszego dnia przyszła ze mną mama. Kiedy czekaliśmy na windę, powiedziała:
– Nie jesteśmy nic winni twojemu ojcu, rozumiesz? Nic. Przyjechaliśmy tu tylko dlatego, że…
– Rozumiem – przerwałem jej. – Nie chcesz go oglądać. Obiecałaś to sobie.
– Naprawdę? – zapytała po chwili z irytacją. – Jak to możliwe, że wszystko zawsze rozumiesz, Sam? Jesteś jeszcze za mały! – Podała mi mapkę. – Przepraszam. Twój ojciec doprowadzi mnie kiedyś do obłędu. Ach, Sam…
Nie podobało jej się już to, że w tajemnicy zaprosiłem go na Dzień Ojca i Syna do Colet Court.
– I tak nie przyjdzie – zawyrokowała.
Jej głos mnie otulił, każda głoska pachniała wilgotnym smutkiem, jak rozmaryn na deszczu. Czułem, jak bardzo mnie w tej chwili kocha, rozpoznałem to po tym, że nagle mój oddech stał się zupełnie swobodny, jakbym stanął na szczycie świata. Zniknęła gdzieś gula, którą zawsze czułem w gardle.
Czasem tak bardzo kocham moją mamę, że chciałbym umrzeć, żeby ona mogła nareszcie być szczęśliwa. Wtedy miałaby tylko Steve’a i mojego małego brata Malcolma. Stworzyliby normalną rodzinę. Ojciec, matka i dziecko, a nie ojciec, matka, dziecko i ja, chłopak, który unika wzroku innych, czyta za dużo powieści fantastycznonaukowych, a jego ojcem jest mężczyzna, którego moja mama nie znosi.
– Poczekaj na mnie w kawiarni, pójdę do niego sam i zostanę z nim tak długo, jak będę chciał – proponuję.
Przytuliła mnie. Czułem, że najchętniej przystałaby na moją propozycję i bardzo się tego wstydzi. Mama nie zawsze taka była. Kiedyś pracowała jako korespondentka wojenna. Wtedy nie bała się nikogo i niczego. Ale potem przydarzył jej się wypadek: urodziła mnie i wszystko się zmieniło. Teraz próbuje przejść przez życie niezauważona. Jakby chciała odwrócić od siebie uwagę złych mocy.
– Proszę. Mam prawie czternaście lat. Już nie jestem dzieckiem, maman.
Mama idzie do kawiarni, a ja jadę sam na drugie piętro w odwiedziny do mężczyzny, który jest moim ojcem, bo mama przespała się z nim raz, w „chwili słabości”. Tak przynajmniej o tym mówi. Nigdy mi nie opowiedziała, gdzie i jak do tego doszło.
Sheila Walker nie patrzy już na mnie, kiedy idę do windy i jadę na drugie piętro. Najpierw muszę włożyć kitel na szkolną marynarkę, zdezynfekować dłonie i przedramiona i zakryć usta i nos owalną maseczką. Sala intensywnej terapii na oddziale neurologicznym wygląda jak duży, jasno oświetlony magazyn. Wzdłuż trzech długich ścian oznaczonych literami A, B i C stoją łóżka, a do sufitu przymocowane są listwy na niebieskie zasłony, które otaczają każde stanowisko, oddzielając je od pozostałych. Pośrodku pomieszczenia na podeście stoją biurka z monitorami komputerowymi i stoliki z regulacją wysokości, przy których siedzą lekarze i lekarki, wpatrując się w ekrany albo telefonując. Każdym pacjentem zajmuje się jeden pielęgniarz albo pielęgniarka. Wszyscy pacjenci zamiast nazwisk są oznaczeni literami i numerami, jak w obozie koncentracyjnym. „A3 spadek poziomu glukozy”, „B9 reaguje”. Tu nikt nie żyje naprawdę. Mój ojciec to C7. On też żyje na niby.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram