Fascynująca opowieść o życiu sześciu kobiet, które pozostawiły głęboki ślad w historii. Ich na pozór cudowne życie niewiele miało wspólnego z bajką.


Legendarne królowe: Krystyna szwedzka, Maria Antonina, cesarzowa Sissi, Eugenia de Montijo, królowa Wiktoria i jej wnuczka Aleksandra Romanow pokazane od bardziej ludzkiej strony – tej, o której czasem milczy oficjalna historia.

Cristina Morató spróbowała zajrzeć za kulisy oficjalnego wizerunku niektórych znanych i legendarnych władczyń Europy. Ich życie przedstawiane w filmach i powieściach upływało w niezwykłym przepychu, budzącym zazdrość zwykłych śmiertelników. One jednak w swoim wspaniałych pałacach czuły się jak w “złotych klatkach”. Czasami korony z brylantów raniły je bardziej niż ciernie.

Ich uroda, wykwintne stroje i klejnoty, wspaniałe bale i przyjęcia tworzyły miraż bajecznej rzeczywistości, lepszego świata wybrańców. Piękne, potężne i wyjątkowe, były przede wszystkim zwykłymi kobietami, które czuły, kochały, pragnęły i nienawidziły, przeżywały rozpacz bądź strach.

Musiały stawić czoło wyzwaniu rządzenia państwem lub, jako królowe współmałżonki, podporządkować swoje pragnienia wymaganiom Korony. Nie zawsze potrafiły sprostać okolicznościom, płacąc za to wysoką cenę. Ich na pozór cudowne życie niewiele miało wspólnego z bajką.

Cristina Morató – ur. w Barcelonie w 1961 roku, pisarka, dziennikarka i dyrektorka programów telewizji hiszpańskiej. Jest autorką reportaży z Ameryki Południowej, Afryki i Azji, członkiem Royal Geographical Society w Londynie. Była m.in. reporterem wojennym w Nikaragui, Hondurasie i Salwadorze. Autorka Las Reinas de Africa, Las damas de Oriente, grandes viajeras por los países árabes, Cautiva en Arabia i wydanych przez Świat Książki Kobiet niepokornych.

Cristina Morató
Królowe przeklęte
Przekład: Marta Boberska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 13 stycznia 2016


Wdowa imperium

To nieco zaskakujące, że ta młodziutka dziewczyna pozbyła się w dniu objęcia tronu wszystkich swoich dziecinnych idei, zwyczajów i upodobań, że była zdolna zredukować do zera wpływ matki i jej faworyta, że porzuciła nieśmiałość właściwą jej młodości i w ciągu godziny zamieniła się w mężczyznę.
Księżna Lieven, żona ambasadora Rosji, Londyn, 1837

Wiktoria miała dwanaście lat, kiedy jej matka uzgodniła z anglikańskimi biskupami, iż oto nadszedł moment, aby poinformować ją o roli, jaką wyznaczyło jej przeznaczenie. Scena jest dobrze znana, ponieważ stanowi część legendy tej najpotężniejszej kobiety XIX stulecia. Podczas lekcji historii, kiedy dziewczynka studiowała drzewo genealogiczne królów Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, odkryła ze zdziwieniem, że jeśli umrze wuj Wilhelm IV, to ona odziedziczy po nim tron. Przez chwilę milczała w zamyśleniu, a następnie powiedziała do swojej nauczycielki: „Będę grzeczna”.
Te słowa w ustach dziecka zdradzały dojrzałość przyszłej monarchini, a także pewność siebie i skromność, cechy, które będą dominować w czasie jej długiego i szczęśliwego panowania. Mimo że zachowała się powściągliwie, miała wyznać później, że bardzo płakała, poznawszy te wieści, i bała się, iż nie sprosta oczekiwaniom.
Królowa, która dzierżyła koronę Zjednoczonego Królestwa przez ponad sześć dziesięcioleci, przyszła na świat 24 maja 1819 roku w pałacu Kensington. Po siedmiu godzinach porodu jej matka, księżna Kentu, wydała na świat dziewczynkę zdrową i „grubą jak kuropatwa”, blondyneczkę ogromnie podobną do swojego królewskiego dziadka, Jerzego III. Jej narodziny przeszły prawie niezauważone, ponieważ zajmowała dopiero piąte miejsce w sukcesji do tronu. W tamtych czasach regencję sprawował książę Walii, przyszły Jerzy IV, pierworodny syn króla Jerzego III, niezdolnego już do rządzenia z powodu narastającego obłędu.
Nowo narodzona dziewczynka była jedyną córką Edwarda, księcia Kentu – czwartego syna Jerzego III – i niemieckiej księżnej Wiktorii Sachsen-Coburg-Saalfeld. Na chrzcie nadano jej imiona Aleksandra Wiktoria na cześć ojca chrzestnego, cara Rosji Aleksandra I, ale nazywano ją Wiktorią, a w dzieciństwie „Driną”. Choć prawdopodobieństwo, że dziecko pewnego dnia zasiądzie na tronie Wielkiej Brytanii było wówczas bardzo niewielkie, jej ojciec nie zapomniał wróżby Cyganki, która przepowiedziała mu, że dotknie go wiele bólu i nieszczęść, ale umrze szczęśliwy, a jego córka zostanie potężną królową. Przekonany, że pewnego dnia córeczka będzie nosić koronę Zjednoczonego Królestwa, zabierał ją ze sobą wszędzie – dwumiesięczna Wiktoria w jego ramionach uczestniczyła w przeglądzie wojsk, ku oburzeniu księcia regenta, któremu przeszkadzała obecność na trybunie małej księżniczki skupiającej spojrzenia wszystkich.
Ojciec Wiktorii, mężczyzna o nieugiętym charakterze, jako generał zyskał sławę tyrana. Kiedy za niezwykle surowe stłumienie buntu armii na Gibraltarze został usunięty z wojska, musiał wrócić do Wielkiej Brytanii. Skandal zakończył jego błyskotliwą karierę, a on sam wycofał się do majątku w Ealing, gdzie cieszył się towarzystwem francuskiej kochanki, madame Julie de Saint-Laurent. Po latach, nękany długami, musiał schronić się w Brukseli. Zajmował się życiem towarzyskim, projektowaniem zegarów – swoim ulubionym zajęciem – i borykał z problemami finansowymi. Chociaż brytyjski parlament przyznał mu sporą pensję, zawsze cierpiał na brak gotówki.
Książę Kentu nie miał najmniejszego zamiaru porzucać swojego wygodnego starokawalerstwa, jednak w 1818 roku poczuł się zmuszony do zawarcia małżeństwa, by zapewnić królestwu dziedzica. Jego wybranką została niemiecka księżniczka Sachsen-Coburg, siostra księcia Leopolda, w przyszłości króla Belgii. Przyszła księżna Kentu, Maria Luiza Wiktoria, była ambitną trzydziestojednoletnią wdową, o dziewiętnaście lat młodszą od Edwarda, matką dwojga dzieci, Karola i Feodory.
Jako siedemnastolatka wyszła za mąż za księcia Leiningen, który umierając, pozostawił ją z majątkiem mocno uszczuplonym wskutek swoich ekstrawagancji. Kiedy Edward zaproponował jej małżeństwo, była regentką małego księstewka ze stolicą w mieście Amorbach i nie interesowało jej powtórne zamążpójście. Jako wdowa cieszyła się niezależnością i rocznymi dochodami z księstwa. Życie na wystawnym dworze Wielkiej Brytanii, w porównaniu z tym, jakie wiodła na maleńkim i spokojnym dworze niemieckim, nie pociągało jej w najmniejszym nawet stopniu. Poza tym książę Kentu nie był dobrą partią, cieszył się sławą kobieciarza, był od niej prawie dwukrotnie starszy i nigdy nie miał pieniędzy.
W końcu przekonał ją jej przebiegły brat Leopold, który nalegał, żeby wyszła za księcia z dalekich od miłości względów: zarówno brytyjski książę regent, jak i jego następcy, książę Yorku i książę Clarence, byli w podeszłym wieku i słabego zdrowia. Istniała zatem pewna szansa, że książę Kentu, który cieszył się wspaniałą kondycją fizyczną, zostanie któregoś dnia władcą Zjednoczonego Królestwa. Para pobrała się per procura wiosną 1818 roku na zamku w Koburgu.
Kiedy księżna Kentu była w siódmym miesiącu ciąży, mąż zadecydował, że dziecko urodzi się w Wielkiej Brytanii. Choć musiał pożyczyć pieniądze na wynajęcie powozu oraz samemu trzymać lejce, przejechali z żoną przez Niemcy i Francję, przeprawili się przez kanał La Manche i zdrowi oraz bezpieczni dotarli do Londynu. Tu zostali ulokowani przez regenta w pałacu Kensington, i to tam właśnie urodziła się Wiktoria.
Księżna podróżowała ze swoją jedenastoletnią córką Feodorą, służącymi, pielęgniarkami, pieskami salonowymi i kilkoma klatkami z kanarkami. Jej syn, czternastoletni wówczas Karol, pozostał w Amorbach, by opiekować się rodzinnym majątkiem.
Wiktoria miała zaledwie osiem miesięcy, gdy straciła ojca. Książę Kentu, który przechwalał się swoim żelaznym zdrowiem, zmarł w wieku pięćdziesięciu dwóch lat na zapalenie płuc w wyniku komplikacji po zwykłym przeziębieniu. Sześć dni później zmarł jej dziadek, król Jerzy III – głuchy, niewidomy i cierpiący na demencję, zamknięty na zamku Windsor. Wuj Wiktorii i jej ojciec chrzestny, książę regent, wstąpił na tron jako Jerzy IV, ale ani on, ani jego następcy nie mieli dzieci z prawego łoża, dlatego zrządzeniem losu dziewczynka stała się jedyną dziedziczką tronu.
Gdy księżna Kentu owdowiała, musiała stawić czoło niepewnej przyszłości i spłacić długi męża. Czuła się obco w kraju, którego języka ani zwyczajów nie znała. I znowu przybył jej z pomocą brat Leopold, oferując roczną pensję, co umożliwiło jej pozostanie w pałacu Kensington. Perspektywa powrotu do Koburga oraz wychowywania samej i bez środków swoich dwóch córek sprawiła, że przyjęła jego propozycję. Księżna i jej niewielki dwór zajmowali wyznaczone im przez króla ciemne i wilgotne pokoje na parterze pałacu. Nigdy nie zapomniała zimna, wilgoci, a także „polowań na karaluchy i szczury” swobodnie spacerujące po tych ponurych wnętrzach.
Dopóki przeznaczenie nie osadziło Wiktorii na tronie, dziewczynka żyła z dala od rodzinnych dramatów. Gdy zabrakło ojca, wuj Leopold został jej opiekunem i nadzorował jej wychowanie. Trzyletnia Wiktoria była dzieckiem swawolnym, zbuntowanym i bardzo rozpieszczonym przez niańki. Matka, świadoma, że dziewczynka może kiedyś zostać królową, od wczesnego dzieciństwa wychowywała ją surowo i wpajała jej sztywne zasady moralne. Księżna Kentu miała tylko jedną obsesję – by jej córka została chrześcijańską królową i rosła z dala od zdeprawowanego dworu Jerzego IV, który według niej reprezentował piekło rozpasania i libertynizmu. I to temu celowi poświęciła wszystkie swoje wysiłki i całą energię. Kiedy księżniczka ukończyła jedenaście lat, matka postanowiła, żeby przeegzaminowali ją najwybitniejsi biskupi Wielkiej Brytanii i sprawdzili, czy księżna osiągnęła swoje pobożne cele. W napisanym własnoręcznie liście księżna Kentu tłumaczyła:

Czuję, że nadszedł moment, kiedy wykonana praca powinna zostać poddana próbie, dzięki temu jeśli został popełniony jakiś błąd, będzie można go skorygować, a plany na przyszłość przemyśleć i zrewidować […] Uczestniczę niemal zawsze w lekcjach lub w ich części i choć opiekunka księżniczki jest osobą kompetentną i pomaga jej w przygotowaniu prac dla różnych nauczycieli, postanowiłam, że sama będę guwernantką mojej córki […] Kiedy osiągnęła odpowiedni wiek, zaczęła mi regularnie towarzyszyć w nabożeństwach religijnych i jestem pewna, że ma wiarę w duszy i jest do tego stopnia przepojona moralnością, iż wydaje się nieprawdopodobne, żeby jako dziecko zdolne do refleksji nie stosowała jej do swoich uczuć.

Biskupi przybyli do pałacu, a wyniki egzaminu okazały się znakomite:

W swoich odpowiedziach na bardzo różne pytania, które jej zadano, księżniczka wykazała się głęboką znajomością najważniejszych aspektów Pisma Świętego oraz prawd i nakazów religii chrześcijańskiej zgodnie z nauczaniem ich przez Kościół w Anglii, a oprócz tego wiedzą o chronologii i najważniejszych faktach z historii Wielkiej Brytanii, co godne uwagi u osoby tak młodej.

Dzieciństwo Wiktorii było surowe i monotonne, przebywała zawsze w otoczeniu dorosłych. Nigdy nie mogła zostać sama ani bawić się z dziećmi w jej wieku. Kiedy ukończyła pięć lat, matka zatrudniła niemiecką guwernantkę, fraulein Louise Lehzen, córkę luterańskiego pastora z podhanowerskiej wsi. Dzięki doskonałym manierom i wielkiemu taktowi udało jej się ograniczyć częste napady gniewu Wiktorii, która stała się bardziej potulna. Początkowo nowa guwernantka nie dawała wiary informacjom o jej wybuchach złości, w końcu jednak przyznała, że nigdy wcześniej nie spotkała dziewczynki tak gwałtownej i nieokiełznanej. Kiedy mała z wytrzeszczonymi oczami i płonącymi policzkami zaczynała wrzeszczeć i płakać, wiele osób uważało, że odziedziczyła chorobę po zmarłym dziadku, szalonym królu Jerzym III. Z czasem panna Lehzen odkryła inne cechy dziewczynki, a mianowicie była ona nad wyraz uczciwa i nigdy nie kłamała. Dzięki swej łagodności i wielkiej cierpliwości udało jej się zdobyć miłość dziecka i zaufanie. Sprytna i dyskretna guwernantka – której Jerzy IV nadał tytuł baronowej – zyskała wielki wpływ na młodą królową Wiktorię, która uważała ją ze swoją „najlepszą i jedyną przyjaciółkę”.
Życiem w pałacu Kensington rządziła surowa dyscyplina. Matka stale kontrolowała Wiktorię. Dziewczynka spała w tym samym pokoju co ona do ukończenia osiemnastego roku życia, a jej kroki były stale obserwowane. Aż do dnia koronacji nigdy nie zeszła sama ze schodów, zawsze ktoś trzymał ją za rękę. Księżna Kentu chciała, żeby córka była przygotowana do zajęcia ważnego stanowiska i wpajała jej takie cnoty, jak prostota, skromność, religijność i wytrwałość w pracy.
O przedwczesnej dojrzałości dziecka świadczy następująca anegdota. Pewnego dnia siedmioletnia Wiktoria z matką zostały zaproszone przez Jerzego IV do zamku Windsor. Król – chory na podagrę, opasły starzec w peruce – przyjął je w towarzystwie dwóch kochanek obwieszonych klejnotami i dziwacznej świty. Kiedy monarcha spacerował, trzymając bratanicę za rękę, zapytał: „Orkiestra jest tutaj, zaraz obok. Co byś chciała, żeby dla ciebie zagrali?”, ona zaś odpowiedziała bez wahania: „God Save the King, panie”. Ta riposta ukazuje jej wcześnie ukształtowany i obrosły potem legendą takt.
Nim dosięgło ją przeznaczenie, Wiktoria stała się nastolatką, której kondycja intelektualna pozostawiała wiele do życzenia. Nie była zbyt dobrze wykształcona, ale miała bystry umysł i trzy cechy, które zawsze działały na jej korzyść: dyscyplinę, zdrowy rozsądek i pragnienie, by być dobrą królową. Od matki nauczyła się niemieckiego, wkrótce zaczęto ją uczyć francuskiego i angielskiego, choć angielskiej gramatyki nigdy nie opanowała w doskonałym stopniu. Poza pewną dozą wiadomości z historii Wielkiej Brytanii, intensywną nauką historii religii, ledwie liznęła ekonomię, a także nieco muzyki i tańca – bagaż intelektualny przyszłej królowej nie był więc zachwycający. Czytała niewiele, ponieważ nie wolno jej było sięgać po powieści, za to lubiła pisać. Od trzynastego roku życia aż do śmierci prowadziła dziennik, w którym szczegółowo odnotowywała swoje działania i odczucia.
Wiktoria spędziła dzieciństwo i okres dojrzewania w otoczeniu kobiet. Nie miała ojca ani brata, z którym mogłaby wspinać się po drzewach czy dzielić sekrety. Wyjazdy do rezydencji w Claremont koło Esher, gdzie mieszkał wuj Leopold, były dla niej jak łyk świeżego powietrza i stwarzały jedyną możliwość zetknięcia się ze światem mężczyzn. Ale kiedy ukończyła dwanaście lat, ulubiony wuj opuścił Wielką Brytanię i został królem Belgii, a jeszcze wcześniej Feodora, „Fidi”, z którą czuła się bardzo związana, wyjechała do Niemiec i wyszła za mąż za księcia Hohenlohe-Langenburg. Po wyjeździe kochanej Fidi Wiktoria pogrążyła się w wielkim smutku i szukała pociechy u baronowej Lehzen, będącej jej największym wsparciem. Dwa lata później Feodora napisała do siostry szczery list, w którym wyznała:

Nie tylko pozbawiono mnie dziewczęcych przyjemności; niewątpliwie najcięższe w tej naszej ponurej egzystencji było poczucie, że jestem odsunięta od świata i nie towarzyszy mi żadna szczęśliwa myśl. Jedynymi moimi dobrymi chwilami były nasze wyjazdy powozem czy spacery z Lehzen. Tylko wówczas mogłam mówić i zachowywać się swobodnie. Po ślubie uciekłam wreszcie z tego więzienia, które Ty, moja kochana siostro, musiałaś znosić.

Jedną z nielicznych pociech w ciągu tych smutnych szarych lat spędzonych w pałacu Kensington były wizyty krewnych księżnej Kentu z Niemiec. Często na parę dni przyjeżdżali wujowie i kuzyni, przerywając to klasztorne życie. W ten sposób Wiktoria poznała książąt Ernesta i Alberta, synów starszego brata matki, księcia Sachsen-Coburg-Gotha. Spędzili razem zaledwie kilka tygodni, jednak szesnastoletnia księżniczka zdążyła zakochać się bez pamięci w kuzynie Albercie. Był od niej młodszy tylko o trzy miesiące, miał dobrą prezencję i piękne błękitne oczy. W swoim dzienniku nie skąpiła pochwał „najukochańszemu” Albertowi:

[…] jest nadzwyczaj przystojny. Ma włosy takiego koloru jak moje, oczy duże i niebieskie, piękny nos, słodkie usta i piękne zęby; ale największy powab ma wyraz jego twarzy, która nie mogłaby być bardziej zachwycająca – jednocześnie pełna dobroci i słodyczy, przenikliwości i inteligencji.

Wiktoria zachowywała się na ogół naturalnie i z prostotą, natomiast jej matka była stałym źródłem niepokojów dla króla Wilhelma IV, który podobnie jak jego poprzednik, Jerzy IV, nie znosił jej. Nie lubił bratowej, bo była Niemką, i uważał, że jest „znerwicowaną, ograniczoną karierowiczką jak wszyscy Koburgowie”. Z kolei księżna Kentu nie wiedziała, jak ma traktować tego starego ekscentryka cieszącego się jak najgorszą reputacją, ojca dziesięciorga dzieci z nieprawego łoża. Była matką dziedziczki tronu Wielkiej Brytanii i dlatego domagała się od króla, by nadał jej stosowny tytuł, z odpowiadającą tej randze roczną pensją. Księżna nie mówiła po angielsku ani nie miała przyjaciół, ufała tylko sir Johnowi Conroyowi, irlandzkiemu oficerowi, chytremu manipulantowi, który był koniuszym zmarłego księcia Kentu. Mianowała go swoim prywatnym doradcą. W końcu został jej zaufanym człowiekiem. W Kensington, tętniącym wprost od plotek i pałacowych intryg, szeptano, że byli kochankami.
Za jego namową księżna postanowiła, że Wiktoria odwiedzi różne części kraju i pozna ich mieszkańców. Kilka lat z rzędu latem i jesienią organizowała podróże córki, które jednak królowi się nie podobały i nie miały jego oficjalnej akceptacji. Księżna Kentu zachowywała się, jakby była regentką, i bez wahania pokazywała małą księżniczkę publicznie, by mieszkańcy oddawali jej cześć. W czasie pobytu na zamku Norris na Wyspie Wight skorzystała z królewskiego jachtu. Żądała również, by przy każdym odjeździe żegnały je królewskie salwy ze wszystkich statków i twierdz. Dowiedziawszy się o tym, monarcha wpadł we wściekłość i natychmiast tego zakazał. Ten incydent jeszcze bardziej skomplikował stosunki króla z urażoną księżną Kentu, która postanowiła, że Wiktoria nie postawi stopy na królewskim dworze. Jednak kiedy odpoczywała w Claremont, nie mogła odmówić zaproszenia do Windsoru z okazji urodzin monarchy. W przeddzień Wilhelm IV przypadkowo odwiedził pałac Kensington i odkrył, że księżna, wbrew jego woli, zajęła na własny użytek skrzydło z siedemnastoma pokojami. Oburzony monarcha wrócił do Windsoru i choć bardzo lubił swoją zachwycającą bratanicę, był wściekły na bratową za jej zuchwałość i brak taktu.
Podczas urodzinowej kolacji, w której uczestniczyło stu zaproszonych gości, księżna siedziała po prawej stronie monarchy, a Wiktoria naprzeciw niego. Pod koniec wieczoru, w odpowiedzi na toast wzniesiony za jego zdrowie, król wstał i gromkim głosem wygłosił mowę, w którą przelał całą swoją złość na księżną:

Błagam Boga, żeby dał mi jeszcze dziewięć miesięcy życia, bo wtedy po mojej śmierci nie byłaby potrzebna regencja. Miałbym wówczas satysfakcję, że zostawiam władzę królewską w rękach tej młodej panienki, a nie innej obecnej tu osoby, którą otaczają nikczemni doradcy, a która sama nie jest zdolna postępować zgodnie z pozycją, jaką zajmuje. Oprócz wielu innych, szczególny żal mam do niej o to, że odsunęła ode mnie i od mojego dworu ową panienkę.

Księżna starała się niczego po sobie nie pokazać, w końcu jednak wstała, poprosiła o powóz i jeszcze tej nocy wróciła do Kensington.
Wiktoria, która dotąd zachowywała się nienagannie i dojrzale, tej nocy cały czas płakała i przeżyła jeden ze swoich częstych ataków nerwowych. Brudne intrygi Conroya i ciągłe konflikty matki ze starym monarchą jeszcze nieraz miały doprowadzić ją do choroby. Czasami nie mogła wytrzymać napięcia, tygodniami leżała w łóżku, obserwując, jak włosy wypadają jej garściami, i cierpiąc na okropne migreny. Do tego dochodziła niepewność o własną przyszłość. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że wyjdzie za mąż jedynie za „mężczyznę, którego pokocha”, co wydawało się nie mieć żadnego znaczenia dla jej matki, dla której dwaj Koburgowie, jej bratankowie, byli jedynymi możliwymi kandydatami. Król z kolei w 1836 roku zabiegał o to, by księżniczkę Wiktorię wydać za mąż za jednego z synów księcia Orańskiego, i starał się wszelkimi sposobami zapobiec wizytom młodych braci Koburgów w pałacu Kensington. Ponieważ dziewczyna, szczera jak zwykle, oświadczyła, że wszyscy synowie księcia wydają jej się „bardzo brzydcy i głupi”, na ten moment szala przechyliła się na stronę Alberta.


O nas        Sklep        Galeria        FAQ        Kontakt        Instagram